Ani na jedną chwilę nie mógł zamilknąć.

— Zatańczyłbym — mówił — gdyby z kim było.

Przyglądałem mu się z zaciekawieniem: ogłuszał mnie i oszałamiał jego gwarliwy humor. Odwykłem, a raczej nie znałem nigdy takiej kolorowej wesołości. I Tur przyglądał mi się od czasu do czasu zyzem555.

Doszliśmy do jakiejś karczemki. Grzał tu się przed ogniem człowiek stary, barczysty, skądeś straszliwie mi znany. Jak jakieś ciemne, niemożliwe przypomnienie patrzyły oczy spod kosmatej czupryny. Wielki tobół z towarami stał obok niego. Węgier to był, jak mówią u nas. Zostaliśmy przez jedną chwilę sami w izbie. Siedziałem odwrócony plecami, gdy podszedł on do mnie i rzekł:

— Spotykamy się więc raz jeszcze jednak.

Poznałem go. Był to on: stryj Alojzy.

Patrzył mi w oczy z gorzkim uśmiechem.

— Sieci, jak widzisz, snuję, pajęcze sieci: duszę wikłam, na wieki wiążę, węzeł splatam, sznur do kamienia przykuwam. Ten właśnie pajęczy sznur do tego piotrowego kamienia, który stoi: on jeden, który jest tak mocny, że nie drgnie, kiedy stanie na nim wieczny sędzia. Tam właśnie, słyszysz, tam właśnie zaniosę: patrz, spojrzyj! — Z kieszeni wyciągał krwawą chustę. — Twoi — rzekł — towarzysze, przyjaciele: tu oto o wiorst kilka, pójdź, zobacz, w żywej jeszcze zobacz skórze spisane te drogocenne litery rosyjskiej idei pracy, swobody pracującego człowieka. To właśnie na skórze polskich chłopów. Pójdź, zobacz: leży tam Bazyli Wisznia z nogami zjadanymi przez gangrenę — idź mu i powiedz: nie ma Polski, nie liczy twoich łez matka najsłodsza — pożałuj go, że tak głupio ginie za przesąd.

Widziałem, że dyszy ciężko i dusi się, chciałem coś mówić.

— Takie to nasze pasożytów i szamanów rozkosze — po jednej idziemy drodze, odkupicielu nędzy. Pamiętasz, mówiłeś: „Ze zdychającego chłopa ściągacie koszulę i tę ostatnią jego nędzę wplatacie, niby cudny kwiat, w watykańskie dywany, by po nich możnych stopy chodzić mogły”. I oto któż był przy zgonie zasieczonych, zasiepanych pałkami? I cóż mi dać mogli: ostatnie westchnienie? To wziąłem, w głąb duszy wziąłem, postawię ciężar ten na stwierdzenie świata, odleję zeń posąg. Będzie świadczył. Wyciągną się umarłe ręce: jako świeczniki zapalę je.