— W papieskim Rzymie — przerwałem — w Rzymie, który własnemu ludowi chciał ojczyzny poskąpić556.

— Przeminie ten i inny przeminie. Widział już je Dante557 na dnie piekieł, słabe, nadaremno miecz Chrystusa dźwigające dusze. Widziałem Grzegorza i Piusa558. Przeminą. Mgła to i miraż: na dnie dusz stoi gmach w słońcu, tam postawię łzawy mój posąg; zmartwychpowstanie krew.

Chylił się nade mną, jakby mnie chciał na wieki wzrokiem swym przygwoździć.

— Pójdź i powiedz staremu Wiszni: na próżno zasieczono ci syna. Czary to, ułudny sen. Nie stoi na tych gwiazdach nikt, nikt nie dźwiga twoich krwawych losów.

— Powiem mu: dam ci pewność odwetu, idzie już kara i grom.

— Trup on już, a wstanie i powie: nie chciwym krwi, nie pragnę — ty mu powiedz, że nie przeminie słowo, święte polskie słowo: O Jezu! Iluż pokoleń dusza je zrodziła, każdy uśmiech, każdą literę. I to dźwięk pusty!

Wstałem z wysiłkiem i wyprostowałem się:

— Mówił stryj Seweryn: „Póki kamienie, co na grobie legły, sercem się nie staną — nie wstanie jej trup”.

— Póki kamienie... — powtórzył. — Mój ty Boże. Pieczęć na wieki wyciśnij: nic tu nie było i nie ma. Szlachta, szlachta, kańczugów panowanie! To słyszysz: świst bicza i jęk; a ten pęd, a ten straszliwy pęd pod Wiedeń, poprzez trupa wielkiego olbrzyma jedności narodów. Tego husarza pęd, co się zarył aż pod Piotra kopułę i stoi kamienny: wierzę.

Uniosłem się: