— A te kielichy, którymi spełniano po rzezi Pragi zdrowie Katarzyny? A zresztą co mówić, co mówić długo. Szukałem, gdzie walczą o człowieka, o całego, nieskrępowanego człowieka, gorzki był mi chleb niewypracowany.

— A dusze pokoleń, co znikły wierząc: budujemy życie; a straszny, przedwieczny skarb zamierzchłych dusz, zwierzony sercu? Skądeś ty przyszedł — liść na prawiekowym drzewie? Tobie nie sądzić... Boże mój, Boże, te gasnące na wygnaniu oczy, smutki, spiekoty duchowe, serdeczne rany, myśli wbijane w duszę jak ćwieki: to wszystko płynęło przecież strumieniami, kto poprzecinał żyły?

Nagle obsunął mi się do kolan stary, drżący człowiek:

— Na wieki utracony, zgubiony, raz na zawsze zmarły, ty, który nie zmartwychpowstaniesz z matczynej piersi — wybacz, żeśmy cię nie uczynili Polakiem...

— Jestem... — wyszeptałem — przyjdzie dzień.

Nie widziałem w tej chwili nic, z serca szła kamienna ślepota. Przeszła chwila, nim zdołałem go dźwignąć z ziemi w ramiona.

Płakał on teraz cichymi, trującymi łzami.

Rozstałem się z nim, niosąc w duszy jad tego przeświadczenia, ból jakby przypomnienia, że się kiedyś dawno przejechało, śpiesząc w jakąś drogę, sierotę; dziecko uniosło z sobą płacz, a teraz oto staje przed nami kaleka.

Wszedł Tur i rozstaliśmy się ze stryjem obojętnie. W Warszawie jeden tylko spędziłem wieczór.

Czekał tam już na mnie Żelabow. Miałem jechać do Moskwy i zawieźć transport dynamitu.