Gdyśmy weszli, otworzyła nam Wołczok. Spostrzegłszy mnie, stanęła osłupiona. Nagle broda jej zaczęła drgać. Po chwili usłyszałem płacz — Wiera szlochała.
— Wołczok! — krzyknął Michajłow.
Oparłem głowę o ścianę — milczałem.
Michajłow położył mi rękę na ramieniu.
— Miszuk, bracie...
— Nie żyje? — zapytałem głucho.
Przeszła długa chwila, zanim usłyszałem:
— Nie.
Siadłem, zacząłem bębnić palcami po stole.
— Miszuk — mówił Michajłow — bracie mój drogi. Przecież lepiej, lepiej, niż długie lata męczyć się w więzieniu.