W roku 1865”.
Przeczytałem i przetłumaczyłem.
— Kości, kości, gdyby wstały — rzekł Nieczajew. — Jak bym umrzeć chciał w ten dzień, kiedy on padnie. Cicho patrząc w słońce, sam, gdziekolwiek bądź...
Trzeba było już iść. Jeszcze raz uścisnął mnie, poczułem, jak spływają łzy i po mojej twarzy. Przycisnąłem jego rękę do ust. Spojrzał na mnie dziwnym, niewypowiedzianym wzrokiem.
— Miszuk, co ty, Miszuk? — kończył szeptem: — Jeżeli możesz, wspominaj mnie czasem, ot, tak jak w tej chwili, z przyjaźnią... I ja byłem człowiekiem, Miszuk, nim stał się ze mnie upiór...
— Zobaczymy się — rzekłem — tu i tam.
Nieczajew wstrząsnął głową.
— O tym, coś przyrzekł, nie zapomnijcie. Wyście mi winni jego śmierć. Więcej nic.
Wyszedłem. Przez korytarze gnał mnie śmiech i krzyk wariata. Słyszałem głuche hasła, chrzęst zawiasów. Znalazłem się na mieście jak człowiek, który wraca spoza życia.