Trzeba walczyć o to, żeby człowiek już tu żył, aby nie przeciekało mu szczęście i życie pomiędzy palcami, aby je miał.
— Czy ty rozumiesz — wołał Adaś — dlaczego musiały upadać nasze powstania? Chłop był nawozem wdeptanym w ziemię. Czy mu nie wszystko jedno było, co z niego wyrośnie? I czy nam nie wszystko jedno? Ojczyzna to taki przypadek, jak i wszystko inne. Człowiek wyrodził się ze zwierzęcia. Popowstawały różne jego odmiany. Cóż z tym wspólnego ma rozum? Czy czytałeś Darwina? To wszystko kłamstwo, co oni tu śpiewają, że jego nikt nie uznaje. Cały świat już przyjął jego naukę. To my tylko w Polsce chcemy ocalić się wąchaniem kadzidła. A w Europie powstało olbrzymie stowarzyszenie międzynarodowe dążące do tego, aby świat należał do pracujących.
I jedna za drugą wybiegały z ust jego idee, jedna od drugiej śmielsza.
Człowiek — dziecię przypadku, krwi i nocy — sam sięgał po władzę nad sobą.
— Czy chcesz, czy chcesz walczyć razem z nimi o prawo człowieka, o ludzkość?
Nie trzeba było pytać.
Wracaliśmy do domu szczęśliwi i dumni.
Na jakimś zakręcie drogi spostrzegłem kobietę dźwigającą brzemię drzewa.
Pokazałem ją Adasiowi oczyma.
Uśmiechnął się do mnie i pojechaliśmy w cwał.