W salach jasno,
Gra muzyka.
Pachnie jak kwiat —
Osypują się myśli jak liście,
Ludzie gasną jak świece w przeciągu —
Rzeka płynie — ciągle płynie rzeka —
I tak obce jest życie człowieka,
Jak milcząca gwiazd kamiennych straż.
Wołzski mówił zrazu na wpół do siebie, zatrzymując się i urywając, później przejął się własnymi słowami, obrazami, jakie snuły mu się przed oczyma, nie zwracał się już do mnie, choć mówił dla mnie i wiedział, że go słucham. Słuchałem istotnie tych słów, jakby zapadając w sen. Myśli skupiały się na rzeczywistości stwarzanej przez słowo, otaczały się ich światem. Gdy spostrzegłem, że idzie ku mnie Wiera Kochanowicz z inną, piękną, wysoką kobietą, wydało mi się, że należą one do tego samego obrazu, że związane są z nim kontrastem. Sala teraz wydawała się pusta, muzyka grała w pauzie jakąś operową uwerturę648. Dwie kobiety szły ku nam, piękne, poważne, groźne. Zdawało się, że musi się stać coś przez nie. Szły jak zwiastunki.
Żeś był carem — to było marzenie...