Na skrawku nie było daty, ale gazeta była stara, sprzed miesiąców. Siedziałem bez ruchu, gdy poczułem, że ktoś pociągnął mnie za rękę.
— Co wam, Miszuk? — powiedziała Perowska. — Nie odpowiadacie: prosiłam, podajcie mi formę.
Popatrzyłem na nią i podsunąłem jej skrawek. Przypomniałem sobie, że nie czyta przecież po polsku.
— Ze starej gazety dowiedziałem się — powiedziałem — o śmierci ojca. Musiało to już być dawno, ale dowiedziałem się w tej chwili dopiero.
— Mogę was zastąpić — rzekł Sablin. — I tak jesteście zmęczeni.
— To przecież już dawno stało się — odpowiedziałem. — Zresztą wolę pracować...
Od tej chwili wykonywałem wszystko ze zdumiewającą dokładnością. Zatarło się we mnie już tylko pojęcie czasu. Zdawało mi się, że już dawno przeszedł ten jutrzejszy dzień, że już on leży zabity, my wszyscy pomarliśmy — a wszystko się tylko już śni. To trwało tak długo, aż wreszcie zginął sen: zemdlałem. Ocucono mnie i położono na sofie. Zbudziłem się rankiem. Wykończano właśnie trzecią bombę. Twarze były blade w zimnym świetle wpadającym przez okno. Pracowano z pośpiechem. Usiadłem za stół. Perowska była spokojna i zimna jak posąg. Pomiędzy brwiami wyrosła jej w tych dniach groźna zmarszczka.
Była dziesiąta, kiedy wstała, bomby ułożyła w ręcznym koszyku:
— Pora.
Wyszedłem za nią. Miałem czekać na Sadowej, dać znać, kiedy powóz się będzie zbliżał.