Idąc, spotkałem Hryniewieckiego. Był spokojny i uśmiechnął się do mnie nieznacznie.

Zaczęły się ostatnie straszne godziny i chwile. Nerwy były wyprężone do ostateczności.

Wreszcie, wreszcie dobiegło oczekiwane hasło:

— Car wraca.

Przeszła długa chwila.

Przyszedł nowy znak.

— Nie jedzie przez Sadową.

Biegłem w stronę Jekatierynieńskiego Kanału.

Straciłem poczucie niebezpieczeństwa.

Z oddala dostrzegłem przejeżdżający powóz. Przystanąłem. Kareta minęła mnie. Spojrzałem poza siebie i widziałem na rogu Perowską, bladą, z zapatrzonymi w tamtą ulicę oczami; widziałem, jak wyjęła z mufki chustkę.