— Nikt jej nie pozna żywy. Świeci ona w oczy umarłemu. Żywi ugiąć się muszą, dźwigać. Wznosić muszą gmach, którego nie znają. Iść, kędy On sam jeden wie.

— A car?

— On jest tym, komu Bóg kazał strzec posłuszeństwa dusz. On niesie ciężką służbę. Prowadzi, a nie wie, nakazuje, a jest ślepy.

— A jeżeli tam nie ma nic potem? — mówił Sołowjew683.

— Jak to nic? Kto się pyta? Myśl czyja? Ludzka. Przypadkowa. Dla niej powinno być nic. Prawdą jest to, czego ona nie zna, o czym nie wie, co przed nią zakryte, jej obce, czego ona nigdy nie obejmie.

— A cóż — powtórzył raz jeszcze Sołowjew — jeżeli tam nic nie ma? Pozostaje coś potwornego, jakiś koszmar, obłęd. Jeżeli nie ma Chrystusa nad Rosją, to wszystko to jest jakimś szaleństwem.

— Rosja była pierwej niż ja i pan. Ona przyjęła wiarę w Konstantynopolu684. Ona została sama. Gmach Rosji nie ludzki, nie na rozumie, na woli oparty. Tak pan dobrze powiedział. To jest obłęd. Dla człowieka tak. Dla człowieka Bóg musi być obłąkany. Bo nie myśli o człowieku. Rozum ludzki — to wieczne ja i ja. A wszystko jest właśnie nie my, wieczne nie my.

— Pan nie wierzy w Chrystusa — rzekł Worobjew.

— Pan nie wierzy w Rosję — rzekł Pobiedonoscew. — Chrystus pokazał drogę — legł w grób i powiedział: „wstanę”, czyli: musicie przejść przez grób. Prawda to jest śmierć. W młodości studiowałem Hegla. Bóg tworzy świat, aby siebie zrozumieć, ale przecież zna on siebie od początku. Więc milczące, wieczne szaleństwo. Bo i po co? I dla człowieka tak ma być. I jest szaleństwo, i trzeba słuchać. Wszyscy żyjemy pod władzą Boga. Kiedy już mój rozum zatrzymał się, kiedy woła: tu obłęd — wtedy wiem, Bóg mówi. I ja wierzę, że Rosję Bóg tworzył; nie człowiek, nie dla człowieka.

— Chrystus pojednał nas z Bogiem.