— Ruszaj! — wołał mój towarzysz — albo ci w łeb palnę...

Dorożkarz odwrócił się:

— Nie trzeba, panie, my sami zrozumieć możem. Nie zgonisz, sobaka... — zwrócił się w stronę trotuaru i puścił konia w cwał.

Teraz poznałem mego wybawiciela. Był to Kuźniecow. Trudno mi było poznać, tak się zestarzał.

— Nie poznaje pan — rzekłem. — Pamięta pan Wrońskiego, Michajłowa, Niemirów, nasze pożegnanie... Jestem Kaniowski.

Twarz jego rozjaśniła się jakimś uśmiechem. Błądził on po niej jak blask światła, które przyszło z dala. Rysy były skostniałe.

— Dzieci pańskie? — pytałem.

— Umarły... rok temu ostatnie. Potem żona... nie mam nikogo, nic. Pojedzie pan do mnie.

— Nie — powiedziałem. — To mogłoby pana drogo kosztować.

— Czy to prawda, co krzyczał ten? — rzekł Kuźniecow.