— Zejdź mi pan z oczu — szeptem powiedział Worobjew.
— On jest chory — szeptała pani domu Pobiedonoscewowi.
— Ja ofiaruję Bogu, Bogu — mówił Pobiedonoscew — ja już zamówiłem u mnichów na wieczyste czasy mszę za dusze tych, co chcą zabić Pobiedonoscewa. A modlę się za nich co dzień przed Przedwiecznym.
— Powiedział Chrystus: „Nie wódź nas na pokuszenie” — mówił Worobjew. — Panu nie będzie przebaczone. Pana nie można nie nienawidzić. I na pana spadnie ta cała nienawiść, i gdy przeleje ktoś pańską krew, to i to spadnie na pana. Pan odpowie za wszystko.
— Bogu wolno mnie potępić — rzekł poważnie Pobiedonoscew. — Jemu podobało się wyznaczyć mi służbę. — I podszedłszy do ikony, żegnać się zaczął: — Wybaczcie mi, skrytobójcy i mordercy, żem was na pokuszenie wiódł; Panie, odpuść mi winy, Panie, wybacz mi.
Któraś z pań dostała spazmów.
Czułem, że mnie wstręt zadławi między tymi epileptykami. Korzystając z zamętu, wyszedłem. Niebo było jasne. Wieczór chłodny i gwiaździsty. Szedłem, usiłując myślą wniknąć w to, co dzieje się z nimi. Czy pozwolono im być razem? Czy też są sami z myślami swymi? Kibalczyc ze swoim pługiem chodzi po gwiaździstych polach. A Sonia, Żelabow? Wydawało mi się to takim dawnym. Nie byłem w stanie pojąć, odczuć, że to ja brałem udział w tym wszystkim, że to ja straciłem Olę... To był ktoś inny, silny i pełen zapału. Ten, co tu stał, był chłodny jak ta noc. „Każdy sam za siebie” — mówił Worobjew. Teraz i ja tak czułem. Tamten, tamten rozpłynął się już w jakimś wielkim życiu. Pozostał zimny, martwy cień i idzie po umarłym mieście. Nie żałowałem nikogo i niczego. Byłem sam. Tak oddalony, odcięty od wspomnień, jakby nie moje były, jakby z jakiejś obcej wyczytane książki.
— Za panem idzie szpieg — usłyszałem głos, jak gdyby dawniej kiedyś już słyszany. — Idzie już kilka minut... było ich dwóch. Oto jest dorożka. Rysak686. Siadaj pan. Pozwoli pan, pojadę razem, może się przydam panu.
Siadłem. Rysak ruszył. Trotuarem biegł Vogel i wołał:
— Stój, stój... Carobójca!