— Jestem zwykłym człowiekiem, nic szczególnego nie było we mnie, nic szczególnego nie przeżyłem. Wszystko najzwyklejsze, przeciętne. Wczesną młodością myślałem zawsze, że czeka na mnie całkiem gotowe przeznaczenie. Nie. Nawet nie tak. Myślałem, gdy mi się co stało, co to może mieć za znaczenie. Po co to, dokąd to prowadzi? Usiłowałem odgadnąć tę całość, do której mogą należeć te fragmenty pojedynczych zdarzeń.

Spotkałem moją żonę. Nie będę mówił panu o miłości. Pan to zna. Tak. Myślałem — to — to. Urodziły się nam dzieci...

I tak, wie pan, gdy dzieci miały już pięć, sześć lat — powstał strach. I jeżeli to wszystko właśnie tak jest, jak to widzisz, ot, po prostu taki, jakiego się znasz, jesteś, nie ma poza tobą ani ponad tobą żadnych specjalnych przeznaczeń. Ot, po prostu — dwoje ludzi poznało się, pokochało, mają dzieci.

I nagle poznałem całą niedorzeczność, całą oczywistość tego. Zrozumiałem, że tak właśnie jest, tak, a nie inaczej, że inaczej wprost być nie może. A zarazem zrozumiałem całą przeraźliwość mego położenia.

Ot, w bezmiarach czasu i przestrzeni mam tylko dwie jasne główki. Tylko.

My z żoną patrzyliśmy na siebie już tylko z tego punktu widzenia: dla nich żyjemy. A gdyby one znikły — myślałem — i nie śmiałem kończyć myśli. Wydawało mi się to zbyt potworne.

A jednak przyszło. Przyszło, jak każdy inny fakt.

Pochowałem i dzieci, i żonę: jestem sam. Nic nie mam, na nic nie czekam. Kiedy tu siedzę w oknie, doznaję tego samego wrażenia, jak kiedyś nad brzegiem morza. Tu faluje światło, tylko bez szumu. Nieustannie. I cóż ja jestem? Biedny, nagi, stary człowiek.

I to tyle razy było.

Czy wy, gwiazdy, także myślicie, że nadejdzie taka godzina, kiedy was strząśnie tak, jak strząsa listowie zeschłe las — to, co jest poza wami, ponad wami?