Każdy czuł, że na dnie duszy jest już śmiertelnie rażony, ale nikt nie chciał łamać szeregu idącego do boju.
Szliśmy naprzód — nawet z piosenką na ustach, ale mieszkaliśmy na dnie, w którym dusze więzną, wola się rozpręża i serce przeciw sercu się rozjątrza.
Jak znużony śmiertelnie zwierz szukał każdy kryjówki. I tylko jakiś ostateczny wypadek zwiastował innym, jak ciężka była walka.
Coraz częściej przychodzić zaczęły wieści o samobójstwach.
Zabiła się Bardina, której odwagę i siłę woli podziwiało całe społeczeństwo podczas „procesu pięćdziesięciu”689. Listy Tichonrawowa nacechowane były jakimś głębokim zniechęceniem i smutkiem. Było to tym poważniejsze, że widać w nich było chęć ukrycia przed samym sobą prawdziwego stanu duszy, wmówienia w siebie wiary i zapału. Czuć było jakby bezustanną głuchą urazę do wszystkich, że mu tej wiary nie dają, że są chłodni.
Wieczorem któregoś dnia przyszła do mnie Wiera Kochanowicz. Była smutna i jakby śmiertelnie znużona.
— Co ci, Wołczok? — pytałem raz po raz, mimo woli czując jakąś obawę, żeby nie poszła w ślad Bardinej, której była wielką przyjaciółką.
— Nic — odpowiedziała.
A dopiero wychodząc, rzekła:
— Mieszkam teraz razem z Tichonowem, wiesz.