Zadrżałem. Było to rozwiązanie dramatu. Rozwiązanie dla Wiery straszliwe; myliłem się jednak. Był to dopiero początek.

Staliśmy w przedpokoju.

Było prawie całkiem ciemno. Wziąłem ją za rękę.

— Dlaczegoś to uczyniła, Wołczok?

— On się zanadto męczył — powiedziała.

— Ale ty?

Machnęła ręką:

— Cóż, nie wszystko jedno?

— Wołczok, biedny Wołczok, jak mogłaś to uczynić?

Tichonow był robotnikiem, samoukiem. Od paru już lat męczył swą miłością Wierę. Jak prawie zawsze w takich wypadkach sprawa komplikowała się i przybierała przykry, jadowity charakter wskutek tego, że do miłości przyłączała się chora ambicja.