Tichonow nie mógł się oprzeć myśli, że tu jest w grze nie tylko obojętność kobiety, lecz może przede wszystkim pogarda, wstręt fizyczny inteligentki dla niego — chłopa.

I tego nie można mu było wytłumaczyć.

Sam on nie przyznawał się otwarcie do tych myśli, lecz czuć można było ich gorycz w jego wyrzutach i skargach.

Trwało to dwa lata.

Teraz Wiera położyła kres jego męczarni kosztem swej osoby.

Zdawało mi się, że nie błądziłem w tym przypuszczeniu, że i tu widzieć należało symptomat ogólnego zmęczenia.

— Czy warto, aby cierpiał człowiek przeze mnie? Cóż jestem ja? Cóż jest życie? Czy warte jest cokolwiek takiej męki? Czy nie wszystko jedno, co się stanie?

Było naturalnie i co innego.

Wiera litowała się nad Tichonowem. Lubiła go ona dawniej bardzo. Dawniej, to jest przedtem, nim wybuchła w nim ta nieszczęśliwa miłość. Szanowała w nim zapał i wolę, dzięki którym wyrobił on sobie kosztem strasznej pracy nowoczesny światopogląd myślowy.

Były w nim oczywiście luki. Pojęcia odznaczały się surową prostotą. Sądy były twarde, prostolinijne. Ostateczne jak uderzenie obuchem. Nie było zrozumienia dlatego wszystkich potężnych i racjonalnych sił życia, które nie pozwoliły Wierze pomimo wszelkich wysiłków rozumu i woli go pokochać.