Kocham ten beztroskliwy, olbrzymi świat. Kocham światła gwiazd na falach morskich, kocham wszystko, co obce, potężne, olbrzymie.
Ojczyzna moja jest wszędzie, gdzie jest myśl. Pyłkom słonecznym mówię z uśmiechem: pracujemy razem — one nie wiedzą o mnie, ja o nich, ale razem gdzieś zlewamy się, my i one, ja i życie protoplazmy bezkształtnej, formującej się w fantastyczne, wyśnione przez obłęd morza kształty.
— Szczęśliwy jesteś — mówiłem. — Myśl twoja istotnie jak duch Dantego schodzi w głębiny, o jakich nie marzył Dante, jesteś u siebie, tam gdzie się sam kończysz, gdzie cię nie czekał nikt. Pośród gwiazd, pośród krążenia, wirowania atomów, tworzących wszystko, co się zmaga.
Któż z nas wie, co jest tam w tych przestworzach olbrzymich, które roztwierają się przed myślą w najdrobniejszych kruszynach materii? W tych obszarach międzyplanetnych, które rozwierają się, rozrastają w niedostrzegalnie małym, znikającym dla nas, można zapomnieć. Tam jesteśmy u siebie. Jest więzienie? Sokołow? Car i Rosja? Kościół? Ludzie? Tam taki chłodny spokój. Taki błogi, świeży dzień. Tam jest spokój wieczny.
— Szczęśliwy jesteś — powtórzyłem.
I tak też było. Tu mógł przebywać tylko ten, co miał tak wiele ojczyzn, jak Siewierow, kto nie był zrośnięty myślą z ludzkim kształtem, społecznym istnieniem. Kto nie nazbyt uwięził swą istotę w sprzecznościach i zwątpieniach wewnętrznych.
Dla mnie nie świeciły zorze polarne myśli, nie umiałem zabłądzić w przestworach drobinowych przestworzeń i przekształceń.
Byłem sam ze swoim ludzkim losem.
Nie znam was, polipy i gwiazdy, nie znam was, którzy jesteście poza mną, tam jest nic. Sam jestem beznadziejnie, nieuchronnie. Nic nie wedrze się do mojej pustki. Same z sobą zamknięte, jak wszczepione w kamień, spala się serce.
Chciałem powiedzieć sobie: byłem. Nikt mi nie odejmie tego, czym byłem. Na zawsze żyje we mnie to wszystko. W pamięci mojej chodzą oni wszyscy — przyjaciele, towarzysze, ja sam z lat młodych.