— Przyszedłem tu nie dla próżnej gawędy jednak, przyszedłem do pana w chwili, gdyś, człeku małej wiary, powątpiewał o pozaziemskim znaczeniu pism Sienkiewicza61. Otóż trzeba ci wiedzieć, że ja, Podfilipski, rozpamiętuję teraz jeszcze nieśmiertelne stronice mistrza Henryka i dochodzę do przekonania, że gdybym miał raz jeszcze na ziemię powrócić, a Podfilipskim być nie mógł, pragnąłbym być Sienkiewiczem.

To ostatnie zdanie wypowiedziane było tonem niedopuszczającym żadnej repliki62 lub zastrzeżenia. Milczałem upokorzony.

— Jesteście wszyscy głupcy — mówił dalej pan Zygmunt tonem wielkopańskim i pełnym wewnętrznego przekonania. — Zapominacie o rzeczach najważniejszych, wygłaszacie sądy o sprawach, które wam są zupełnie obce.

Pozwoliłem sobie przerwać tę tyradę63:

— Co właściwie jednak ma pan na myśli?

Lecz Podfilipski zmarszczył się tylko.

— Sam wiesz pan najlepiej, o czym mówię: społeczeństwo jest jak okręt, mający kotwicę w niebie — powiedział jeden z Ojców Kościoła64, współcześnik Tertuliana65, Rivarol6667. Społeczeństwa opierają się na powadze i nieomylności — powiedzieliśmy ja i Joseph de Maistre68.

— Nie rozumiem zupełnie jednakże, dokąd pan zmierza. De Maistre pisał o nieomylności papieskiej, której przecież nigdy nie poważyłem się podawać w wątpliwość. Przeciwnie, od czasu, jak69 redakcja „Wieku”70 uznała swoją opinię za rozstrzygającą w sprawie całunu turyńskiego, nie mówię inaczej o panu Zalewskim71, jak Casimirus Zalewski papabilis72.

— Nie przerywaj mi, jeżeli nie chcesz stracić sposobności nauczenia się czegokolwiek — odparł z niecierpliwością Podfilipski. — Wszystko to wykręty tylko, rozumiesz dobrze, o czym mówię. Napadając Sienkiewicza, podkopaliście podstawy bytu społecznego, zrujnowaliście to, na czym społeczeństwo całe się opierało.

— Jak to? Ależ... Przyznajemy, że jest to wielki artysta... ale...