„...Cały posag Eweliny...” — myślał z tą tak dobrze znaną turystom górskim fascynującą grozą, która towarzyszy myśli o uniknionym124 niebezpieczeństwie. Gdyby jeden miesiąc tylko spóźnił się ze sprzedażą akcji!... Pan Kupferschmidt wzdrygał się, pocierał czoło i jakby dla uspokojenia się, dla zapewnienia, że wszystko jest, zostało nietknięte, przebiegał salony swojego mieszkania, otwierał kasę i liczył listy zastawne125, obligacje126, banknoty. Równowaga wracała z wolna, a wraz z nią budziło się owo uczucie politowania, w którym jest tyle radości z własnego ocalenia, jakiego doznaje wyratowany rozbitek w bezpiecznym porcie na myśl o towarzyszach, którzy znaleźli śmierć w głębinach morza. A ludzie istotnie ginęli. Robotników, którzy utracili pracę i zarobione pieniądze, gnębił głód, dręczyły tysiączne127 troski, zdarzać się zaczęły pomiędzy nimi akty oszalałej rozpaczy i beznadziei. Rodziny całe odbierały sobie życie, dusząc się czadem węglowym. Ojcowie zabijali dzieci, by nie patrzeć dłużej na ich mękę, nie gryźć się ich losem w przyszłości. Życie traciło w ich oczach swą wartość, traciła ją i uczciwość. Wielu prawych ludzi stało się złodziejami i prostytucja zyskała kilkadziesiąt nowych ofiar. Prezes Kupferschmidt o tym wszystkim wiedział i myśląc teraz o tym bezmiarze niedoli, podziwiał własną szlachetność, gdy wtem jak gdyby nad samym jego uchem odezwał się jakiś głos nieznany mu i szyderczy:
— Dlaczego jednak ty nie straciłeś nawet najmniejszej cząstki swego mienia, podczas gdy tamci stracili tak wiele — wszystko: majątek, uczciwość, życie? Pomyśl i zastanów się dlaczego. — Głos stawał się coraz bardziej szyderczy i natarczywy. Pan prezes Kupferschmidt obejrzał się poza siebie, lecz nie zobaczył nikogo.
— Kto to mówił? — wykrzyknął, nie panując nad sobą.
— Ależ nikt, tatku! Co ci jest, czy jesteś niezdrów128? Tak dziwnie wyglądasz... — pytała się troskliwie panna Ewelina, której posag w tak cudowny sposób ocalony został.
— Nic, nic — uspokajał pan Kupferschmidt córkę. W głowie błysnęła myśl — wie, kto jest winowajcą, jest nim Nikt, który — pewien swej bezkarności — ośmiela się szydzić z niego w jego własnym pałacu. Ale wiedziano nie od dziś, że Nikt jest to zbrodniarz nie tylko bezczelny, ale i ironiczny — umiał on płatać przedziwne sztuczki. Czasami, gdy spełniona została jakaś z tych niezliczonych zbrodni, których się tak często rozjuszony i ciemny tłum dopuszcza, sędziom zdawało się, że potrafili odnaleźć prawdziwych winnych i odróżnić ich od tych, którzy byli tylko ślepymi narzędziami ich występnej woli.
Ludzi przekonywano o ich winie, skazywano, karano, na kilka rodzin spadała ciężka niedola. I wtedy właśnie, gdy było już za późno, w głowach niektórych sędziów powstawała myśl, że i ci skazani niewinni byli właściwie, że istotnym sprawcą był Nikt, który przybierał — zwyczajem wszystkich zbrodniarzy — w takich razach inne imiona: nazywał się niekiedy Ciemnota, niekiedy znowu — Zabobon lub Nędza. Ale sędziowie i ludzie biegli129 nie dawali się w błąd wprowadzić, pod pseudonimami domyślali się właściwego zbrodniarza i w triumfalnym poczuciu swej przenikliwości obwieszczali światu, że właściwym winowajcą jest Nikt. A ci, którzy zamiast niego skazani zostali, ginęli tymczasem i rodziny ich marniały. Więc ci z sędziów, którzy mieli więcej czasu lub usposobienie hipochondryczne130, zaczynali się doszukiwać, w jaki sposób powstała pomyłka. Lecz akta sądowe nie dawały żadnych określonych wskazówek i tylko w miarę ich przeglądania narzucało się powstające przez zsumowanie jakichś nieuchwytnych oznak przekonanie, że i tu winowajcą był szalbierski131, nieznający żadnej świętości Nikt.
Domysł pana prezesa Kupferschmidta powitano ogólnym aplauzem. Tak jest, sprawcą klęski był Nikt. Doprowadzeni do nędzy urzędnicy i robotnicy fabryki wiedzieli już, kogo mają przeklinać — zgnębił ich bezlitosny, okrutny Nikt. I posypały się klątwy. Dziennikarze zapełniali szpalty132 pism swym oburzeniem, nie szczędząc przy tym słów uznania dla pana prezesa Kupferschmidta i jego kolegów z zarządu.
Jeden z nich tylko — z zawodu metafizyk133 i z usposobienia optymista — zwrócił uwagę na to, że podczas powszechnego krachu ogólnie znany i szanowany dla zacnych przekonań i tuszy pan radca Sztajerowski zarobił wcale okrągłą sumę, że Nikt zatem nie tylko niszczy, ale także i obdarza. Rehabilitacja jednak się nie udała. Jeden ze znanych teologów zgromił nieszczęsnego filozofa, wywodząc, że pana radcę Sztajerowskiego obdarzył nie Nikt, lecz Opatrzność! Felietonista zaś Kankan134 odrzucił wprawdzie ten pogląd jako zbyt mistyczny135 i dla naszych czasów, po pracach Darwina136, Renana137, Taine’a138, Spencera139, Milla140, Kanta i felietonach samego Kankana, zgoła nieodpowiedni i uznał, że właściwie zysk swój pan Sztajerowski zawdzięcza sobie, własnej zapobiegliwości i cnocie. „Tak to — kończył felietonista »Katarynki« (nazwa dziennika, w którym pisał) — nie potrzeba używać wielkich słów, które maskują tylko zagadnienia, lecz śmiało należy przystępować do ich zbadania, a wykryjemy, że znajdują one swe wyjaśnienie w ludzkich postępkach i dążeniach. »Menschliches, Allzumenschliches141« — mówił Nietzsche, który pomimo że na starość zwariował, niekiedy mówił rozumne rzeczy i wtedy zawsze zgadzał się ze mną”. — Na zakończenie dyskretnie zaznaczył, że do upadku Bismarcka142 przyczyniła się nie żadna Opatrzność, lecz on — Kankan — i że mógłby o tym dużo powiedzieć, gdyby nie to, że nadchodzące konklawe143 i wybór papieża zabierają mu zbyt wiele czasu. „Bo tylko naiwni mogą sądzić, że wybór papieża rozstrzyga się w Rzymie”. — Tu w stylu Kankana było coś jakby dyskretne, a wiele mówiące mrugnięcie. Na tym polemika się skończyła.
Z góry już można było przewidzieć jej rezultat i tylko człowiek zawodowo już zaślepiony jak ów filozof mógł łudzić się, że Nikt może być zrehabilitowany choćby tylko w części. Ciążyło na nim zbyt wiele łez, przekleństw ludzkich i krwi. Bo Nikt i krew często zostawiał za sobą.
Jednego dnia na przykład rzuciła się oknem czwartego piętra na bruk młoda dziewczyna. Sekcja wykazała, że miała niebawem zostać matką.