Joachima Weltschmerza179 znam od dawna. Pamiętam najzupełniej dokładnie jego tabaczkowy180 surdut, w jaki181 ubierał się przed laty, i jego oliwkowego koloru spodnie, mocno rozepchane na kolanach. Nie było to bardzo gustowne i estetyczne, ale Weltschmerz modę nazywał świństwem, a estetykę — pasibrzuchowstwem182 i bił się, mówiąc to, w zapadnięte piersi długimi, sękowatymi rękoma, a rzadkie włoski jego wąsów i brody jeżyły się każdy w inną stronę z wyrazem bólu i prometeizmu183. Było to istotnie wzruszające. Weltschmerz stawał się wtedy w moich oczach najzupełniej podobny do jednej z tych zbolałych, dziwnie powykręcanych i pokaleczonych wierzb, które rosną przy naszych drogach. Przed oczyma rozsnuwał się swojski, natarczywie uprzykrzony krajobraz błotnistej, rozmiękłej, opuszczonej przez wszelką nadzieję drogi, pod niebem szarym, niskim i do obrzydzenia powszednim. Biedna, bezradna, sękowata wierzba stoi pod mżącym, przenikliwym deszczem, który się nigdy nie skończy, i z wyrazem nieuleczalnej, i wbrew nadziei wytrwałej tęsknoty za ideałem, rozkładając swe niepotrzebne gałęzie i nikłymi listeczkami w pluskot deszczu i bulgotanie błota swe bezużyteczne, niewysłuchane protesty wciąż szumiąc, próchnieje. A Weltschmerz tymczasem walił się czerwonymi pięściami o sęczkowatych palcach we wklęsłe piersi, wywracał szklankę z herbatą, połykał ogromne kawały chleba z masłem i wołał opętanym, przejmującym głosem:

— Znieść nie mogę myśli, że Dreyfus184 siedzi teraz na Diabelskiej Wyspie185 i jada stęchłe konserwy.

Wygłosiwszy coś podobnego, wstawał, wytrzeszczał spod boleśnie najeżonych brwi bladoniebieskie oczy, chodził po pokoju wielkimi krokami i, wzruszając ramionami, powtarzał:

— Nie rozumiem. Nie rozumiem.

Weltschmerz zawsze czegoś nie rozumiał, na coś wytrzeszczał oczy i jeżył brwi. Była to jego funkcja społeczna; sam on wyrażał się o tym tak:

— Każdy kawałek chleba, który spożywam, zlany jest łzami bólu i żółcią goryczy.

To mówiąc, bił się w piersi, a obecni wzdychali ciężko i szanowali go bardzo.

Ból i gorycz Weltschmerza płynęły zawsze z odległych źródeł, bliskimi gardził on i nazywał zajmowanie się nimi oportunizmem186, poddawaniem się pod władzę chwili. Weltschmerz nie poddawał się nigdy, był zawsze samotny, dumny i „kosmicznie” (jego własne wyrażenie) niezadowolony.

Pamiętam, że spotkałem go raz na prowincji w małej, nawiedzonej wtedy przez cholerę mieścinie. Gdym go zobaczył187, stał na błotnistym rynku, wymachiwał z wolna rękoma, a włoski jego wąsów i brwi szeptały coś, niby listki pełne wewnętrznego buntu i bezsiły. Zobaczywszy go, ucieszyłem się.

— Tak, powinienem był wiedzieć, że pana tu przede wszystkim znajdę, tu, gdzie potrzeba nieść pomoc, ratunek nieszczęściu.