— Ale pan ma i może mieć dzieci.

— To i cóż? We mnie pójdą. Panami będą i na wszystko pluć, wszystko deptać będą mogły, co zechcą — na to ja im pieniądze dam i siłę. Siła, panie, i pieniądze — grunt.

Ścisnął rękę w kułak i wyprężył ramię przed siebie z lubością.

— Ja im wszystko, co zechcę, kupię. Ot ty, jaśnie wielmożny, mówisz „naród” i dużo ty mi o tym narodzie naopowiadał i o ojcach swoich — a ja tobie sto rubli dam i ty mi napiszesz, że nigdy żadnego narodu nie było i żadnych ojców nie było, a byłem zawsze tylko ja, Jutro, i ty u mnie, i twoi ojcowie na posługach; a dam ci jeszcze sto rubli i ty mi napiszesz, że ja na wszystko, co ty kochasz, czym się jak indor oszczypany puszysz, zawsze napluć mogę. Napiszesz, wiem, że napiszesz, natura twoja już taka. Już ja ciebie, jaśnie wielmożny, znam. Napiszesz, a ja ci zapłacę i napluję, bo ja pan teraz jestem, Jutro.

— A czego ty się puszysz i czerwienisz, i pięści zaciskasz? — zwrócił się do mnie najniespodziewaniej. — Ty się nie obrażaj, że ja tobie „ty” mówię, a choć się pogniewasz, nic nie weźmiesz. Siły w tobie nijakiej nie ma. Plunąć i tyle.

— Panie — rzekłem z głębokim poczuciem własnej śmieszności — czy chodził pan po Warszawie kiedy nocą, czy widział pan późno w noc oświetlone samotne okna? A czy zazierał pan kiedy w ponure i płonące oczy, głęboko zapadnięte w chudych, przedwcześnie pobladłych twarzach? Tego, panie, co poza oknami tego i oczami żarzy się, pan nie kupi. A to jest, panie, siła; skoro pana albo dzieci pańskie jak zaraza chwyci, do serca się wkradnie, na kolana powali, płacz z duszy wydrze.

Pan Jutro śmiał się.

— Żal mi ciebie tylko, kiedy na ciebie patrzę. Sam chudy, trzęsie się, ledwie dyszy, a o sile gada. Mnie i dzieci moje na kolana chce walić, płaczu serdecznego chce uczyć. I zabawnyś ty — powiem ci. I to tylko twoja prawda, że do łez ja się z ciebie uśmieję. A czyś ty choć synków moich widział? To ci powiadam, draby — mnie samemu na podziw. Daleko mnie do nich; ty ich stalą rozpaloną, a nie tam jakimiś oczami i oknami do łez nie doprowadzisz. Ty się przed nimi powieś albo serce sobie z piersi pazurami wydrzej278 i do krwi rozdrap, a oni ci tylko w to twoje żywe serce naplują i śmiać się będą. Ot, jacy oni, a ty mi o jakiejś sile opowiadasz. Och, wesoły z ciebie człowiek. Jakem279 katolik, wesoły! Dawno mnie nikt tak nie naśmieszył280. Ot, ty, jaśnie wielmożny, u niego byś się pouczył. Coś nowego, innego przynajmniej mówi. A naśmieszyłżeś mnie, naśmieszyłeś. I myśli we mnie nie było281, żeby taki zabawny człowiek mógł żyć na świecie. Ha, ha. Siła... I o jakiej zarazie tyś mi tam bajał, co ludzi za serca ma chwytać? Czy bakterie jakie znowu, czy inne jakie robaki, jak tam wasze doktory opowiadają? Zaraza; a skąd ona ma pójść i człowieka czepić się — ta zaraza?

Postanowiłem zdobyć się na spokój i panowanie nad sobą.

— Och, gorsze to, panie Jutro — powiedziałem — od bakterii gorsze, nie wiadomo, skąd się bierze; czasem z jednej przeczytanej książki, czasem z jakiegoś usłyszanego nie wiadomo gdzie i od kogo słowa, czasem tak wprost znikąd. Czuje człowiek, że mu coś w duszę zalazło niby drzazga i piecze, i pali, aż duszę całą przepali na wskroś i już się taki człowiek zmienić musi. I nie ma przed tym żadnej ucieczki ani obrony — to jest wszędzie, wszędzie znajdzie — pod ziemią i na wodzie, w lesie i w mieście.