Pan Jutro jednak nie zmieszał się.
— Dziwny z ciebie człeczyna, naprawdę — powiem ci — dziwny. Że sam w sobie siły nijakiej nie czujesz, to myślisz, że i wszyscy tacy. Ty mnie swoim łokciem nie mierz. Ja sam wszystko na nowo przemierzę. A na twoją miarę rozśmiać mi się jeno282 i plunąć. Dla cherlaków283 ona ustanowiona, twoja miara, nie dla mnie i dla moich synków — nie nastraszy, choćbyś nie wiem jak sięgnął. I głupstwa ty mówisz o tej zarazie. Swoich się ona tylko czepia, a ja jej nie swój. Każdemu człowiekowi własna choroba. Wasze choroby i zarazy nie dla mnie, inny ja człowiek. Co was na wskroś przeniknie, to po mnie tylko spłynie. Et, niemrawcy wy wszystko... niemrawcy. Patrzę ja na ciebie i nadziwić się nie mogę. Zdaje się, żywy człowiek, a wygląda tak, jak gdyby na chwilę tylko z cmentarza za urlopem puścili. Całkiem umarlak i wszyscy wy tacy. Sam przecież powiadasz, że twarze u was chude, a blade i oczy zapadnięte. Umarlaki i tyle, co tu długo rozprawiać. Komu cmentarz, a komu życie. Na twojej mogiłce trawka wyrośnie, a mój synek się na niej miękko prześpi, zdrów wstanie. Ot, jak.
Po chwili jednak pan Kajetan Jutro zasępił się.
— A jednak tyś sprawiedliwie powiedział o książkach. W nich zaraza. Tylko to w waszych książkach. Chore one i jak wy umarlackie. Jak zechcę, sam inne napiszę, na swój łokieć zamówię i zapłacę, inni napiszą. A tych waszych ani ja, ani moi synkowie pisać nie będą. I po co wy się wszyscy mozolicie tylko i kłócicie, a to tak, a to owak przestawiać chcecie, ostatnią siłę z siebie wyciągacie, pożyć swobodnie sobie samym na radość nie dajecie. I tak wszystko to ja na nowo po swojemu zrobię, a po waszej robocie jak po piśmie na piasku wypisanym przejdę, dmuchnę, nogą grzebnę — śladu nie zostanie. Pożałowałbym ja ciebie, gdybym w inną godzinę spotkał płaczliwą, młodyś ty niby, a młodości po tobie nie znać. Ale dziś inna godzina: wesoła i rozweseliłeś ty mnie swoim opowiadaniem, rozweseliłeś.
— Ale jakże, powiadasz pan, że jesteś tu obcy, przecież tu wyrosłeś, tu pańscy ojcowie żyli, pracowali i umierali, więc jakżeż pan obcy, jakże możesz być pan inny?
Jutro machnął ręką.
— Ty mi o ojcach nie opowiadaj. Ojców to wyście tylko mieli — wy, jaśnie wielmożni, a mnie teraz za kilka groszy sprzedali. A ja skąd się wziąłem? Nie wiem. Nijakich ojców nie pamiętam. Co zechcę, zrobię, co zechcę, kupię, co zechcę, nogą zdepcę, i wszystko, co wy beze mnie zrobicie, na nic. Jak zechcę, po swojemu przerobię.
Pociąg zatrzymał się. Byliśmy na miejscu. Pan Kajetan Jutro wstał, spojrzał na mnie bez niechęci i z pewną nawet wzgardliwą życzliwością.
— Zabawny z ciebie człowiek, zabawny. No, bywaj zdrów! I skinąwszy mi lekko głową, wyszedł z wagonu bez pośpiechu. Jaśnie wielmożny kręcił się około niego, starał mu się w oczy nasunąć, ale pan Kajetan Jutro nie zwracał na niego uwagi. Jaśnie wielmożnemu wystąpiły na policzki gorączkowe rumieńce, spomiędzy zaschłych wąsów z wielkiej gorliwości i niepokoju wysunął koniuszek języka i tak zabiegał to z prawej, to z lewej strony pana Kajetana Jutro i starał mu się w oczy zajrzeć. Ale wszystko to nie pomagało. Pan Kajetan Jutro siadł przed dworcem w parokonną dorożkę; nieśmiało, cichaczem wpełzł jaśnie wielmożny na brzeżek ławeczki. Dorożka miała ruszyć. Pan Kajetan Jutro przyglądał się jaśnie wielmożnemu przez chwilę, wreszcie rzekł:
— Napatrzył ja się na ciebie, kiedyś ty powozami jeździł, teraz na ciebie kolej. Fiut!