Jaśnie wielmożny nie wiadomo kiedy znalazł się na bruku. Dorożka ruszyła kłusem. Jaśnie wielmożny truchcikiem biegł trotuarem284.

Szedłem i ja ku miastu. Głowa ciężko zwisała. Spoglądałem przed siebie na roztaczające się przede mną miasto jakimś bezdusznym, istotnie jak gdyby umarlackim wzrokiem. Myślałem o swoich pracach, o tym, co w naiwności ducha nazywałem pracami; przychodziły mi na pamięć wykrzykniki, zapalczywe, pełne ognia zwroty, spory. Po co to? Jutro dmuchnie, nogą ślad zagrzebie. Jemu to niepotrzebne. Przyjdzie on ze swymi synami, swoim łokciem wszystko przemierzy.

Zasyczało coś nagle koło mnie i zasepleniło. Obejrzałem się: to jaśnie wielmożny tarmosił mnie za rękaw od palta, własną śliną dławił się, krztusił.

— To wszystko przez ciebie! Gołowąs285! Smyk! Jaja teraz od kury mędrsze286! To wszystko ty!... Myślisz, że co zarobisz? Figę! Prędzej mi włosy na głowie wyrosną, niż ciebie do niego dopuszczę. I wszystko to przez was. Okna, mówisz, po nocach płonące, oczy zapadnięte. Na szubienicę z wami. Sankiuloty287! Wyście to tych chamów, karczmarzy śmiałości nauczyli. Wszystko to wasze idee, liberalizmy, jakobinizmy288. Żółtodzioby!... — Pienił się.

Patrzałem na niego. To, co stało przede mną, pieniące się, zaplute, zdeptane, plugawe, to miała być przeszłość moja. Szukałem w sercu litości — nie znalazłem. Szukałem w ustach śliny, by plunąć, lecz i na to, to nędzne coś, ta przeszłość moja była zbyt marna, zbyt oplwana289. Stałem bez słów. Wydobyłem z siebie wreszcie kilka słów zbyt łagodnych, zbyt martwych:

— Precz, sczeźnij290!... a czyż nawet skończyć nie umiecie?!

— Ty!... jak śmiesz!? Siwe włosy!... Przekleństwo!... — Rzucał się coraz bardziej.

— Daj pokój — rzekłem — jaśnie wielmożny, tyś już prawo przeklinania także swemu byłemu karczmarzowi zastawił lub sprzedał. Przyznaj się, ma od ciebie taki dokument. Prawda? — I jednocześnie — rzecz dziwna — uczułem, że raczej z nim mi iść, z tym łykiem, z tym człowiekiem bez przeszłości, z tym zaprzeczeniem wszystkiego, niż z tą zamierającą, bezczelną, zaplutą nędzą.

„A może ty, Jutro, nie taki bardzo, jak sądzisz, od nas inny” — pomyślałem.

System polityczny pana Teodora Grzechotki