— Ale, proszę pana, czy ja jako panna...?
— Och, nic nie szkodzi. Szczyt perwersji, proszę pani, to redaktor Libicki384 piszący o procesie w Pile385.
— O!... To jeszcze kwestia — oponuje Incognitus. Jedynym człowiekiem w Polsce prawdziwie „pervers” jestem ja, który w organie warszawskich mieszczuchów, łyków, łyczków i łyczątek386 pozwalam panu Perzyńskiemu387 pisać o domach otrzymujących nad ranem pięć rubli i o erotycznych automatach...
— Dobrze, już dobrze! A więc konkurs, panowie. Państwo Incognitus i Libicki ubiegają się o championat388 perwersji na Królestwo Polskie z roku 1904.
W oczekiwaniu dalszych danych głosuję za panem Libickim i uzasadniam:
Pan Libicki jest moralistą, pan Libicki jest demokratą, pan Libicki jest demokratyzującym moralistą i moralizującym demokratą, a pomimo to pan Libicki kocha skandale, co więcej, kocha skandale utytułowane.
— Ależ pan się myli, on ich nienawidzi.
— To wszystko jedno. Miłość moralisty do skandalów nazywa się nienawiścią. W tym właśnie tkwi perwersja. Wyobraźmy sobie tylko, że nikt nie oszukuje w karty, nie trwoni pieniędzy na kokoty389, nie fałszuje weksli, nie handluje żonami, co stałoby się z moralistami? Przecież jedyną rozkoszą życia pana Libickiego są kazania. Gdyby nie stało390 grzechów, kazania byłyby zbyteczne.
— To wszystko znane, nazbyt znane!
— Nie skończyłem. Demokratyczny pan Libicki czuł się nie tylko oburzony na ujawnione przez proces w Pile skandale, ale i poniżony, poniżony w swej własnej godności osobistej. Co więcej, gdybyście usiłowali go przekonać, że jeżeli w ogóle utytułowane błoto spada na kogokolwiek w naszym społeczeństwie, prócz tych poszczególnych jednostek, które je wytwarzają, to już w każdym razie nie na demokratów, pan Libicki czułby się osobiście dotknięty. Nie umiałby zdefiniować dlaczego, a jednak przekonanie, że owe arystokratyczne, ozdobne w dziewięciopałkowe korony i mitry391 szalbierstwa392, nie mogą i nie powinny go w gruncie rzeczy obchodzić zupełnie, sprawiłoby mu przykrość. To tak przyjemnie mieć arystokratyczne przedmioty oburzeń. Jest dziwna sadystyczna rozkosz, znana tylko moralistom, w poczuciu odpowiedzialności za grzechy, których nigdy się nie popełniło, jest coś słodko odurzającego w oburzeniu doktrynera demokraty, potępiającego występki i winy, „szlachetnie urodzonych”. Jest dla „ascety manczesteryzmu” coś zawrotnego, coś upajającego w roztrząsaniu życia tych „zwyrodniałych”, jak ich nazywa, którzy obchodzą się tak nieoględnie z tym wszystkim, co jest święte, cenne, nietykalne z punktu widzenia jego skarbonkowych, kuchennych, higienicznych, familijnych i hemoroidalnych cnót. Świadomość burżuazyjna ma doprawdy dziwne zakątki...