A ci panowie z koronami i herbami na biletach wizytowych reprezentują Polskę, co najwyżej, wobec garsonów421 hotelowych.

Co prawda, opinia kelnerów, maklerów, sutenerów422 i reporterów wszecheuropejskich jest dla naszej prasy dotychczas ultima ratio423.

*

Proces w Pile i gorączkowe zajęcie nim naszej prasy pozwala nam raz jeszcze wyjaśnić prawdziwe znaczenie społeczne naszej prasy i stosunek jej do życia i rozwoju naszego ogółu. Przekonaniem tej prasy jest, iż społeczeństwo nasze i wszystko, co w nim zachodzi, nie ma żadnego własnego, wewnętrznego znaczenia.

Sami przez się jesteśmy niczym. Własne nasze zdanie o sobie samych zależy od tego, co myślą o nas inni.

Przekonanie to wżarło się w nas tak dalece, że w stanie jesteśmy przypuszczać, iż jedynymi następstwami naszego postępowania są zmiany w opinii europejskiej o nas, że wewnątrz własnego społeczeństwa czyny nasze i usiłowania, nasze cnoty i występki nie wytwarzają żadnych skutków. Mamy wszystko jedynie na eksport: i honor, i patriotyzm, i wiedzę, i głupotę, i podłość — nie możemy się zdecydować tylko, co właściwie wytwarzać i wywozić powinniśmy. Samo przez się wszystko jest niczym — nie mamy żadnej twarzy, wszystko stało się dla nas żartem i maską. Jesteśmy krotochwilnym424 społeczeństwem, żyjącym przez żart i na żart jedynie.

Tak odzwierciedla się życie nasze w naszej prasie. I gdy się zważy, jakich warstw społecznych prasa ta jest przedstawicielem, można zgodzić się, że spełnia ona istotnie swoją misję historyczną. Ideologia — klas reakcyjnych, klas niemogących zbyt daleko i zbyt poważnie zazierać w przyszłość — jest w ogóle niezmiernie ciekawym przedmiotem studiów dla psychologa. Cechą charakterystyczną jednej z form tej ideologii — formy przeważającej tam tylko, gdzie klasy reakcyjne nie odznaczają się głębokością ani bogactwem kultury — jest obracanie wszystkiego w żart, jest tkwiące głęboko w organizmie duchowym przekonanie, że nie trzeba nic brać na serio, że nic nie ma znaczenia. W tym tkwi źródło ironizmu klas i warstw przeżytych. Tylko że podczas gdy na Zachodzie wytwarza on Anatola France’a425 lub nawet takiego tytana niemocy, jak Juliusz Laforgue426, który czyni z tego, co jest wynikiem specjalnych historycznych warunków, jedną z typowych i oryginalnych, i mających ponadhistoryczne, pozaczasowe znaczenie postaw metafizycznych ducha ludzkiego, my zdobywamy się co najwyżej na pana Weyssenhoffa.

*

Pan Józef Weyssenhoff jest bardzo typowym „żartobliwym ideologiem” tego arystokratycznie-szlachecko-kosmopolitycznego kompostu, który nazywamy wyższymi warstwami naszego społeczeństwa. Jedynie tylko nasza poczciwa, pozbawiona wszelkiego psychologicznego węchu i taktu naiwność demokratyczna dojrzeć mogła w panu Weyssenhoffie satyryka. Zaimponował tu głównie fakt, że w literaturze naszej przemówił o „towarzystwie” ktoś z prawa do niego należący. Pan Weyssenhoff w swoim Podfilipskim — najlepszym swoim utworze — nie powiedział o tym towarzystwie naszym nic, czego nie wiedzielibyśmy już przedtem, głębiej i lepiej, nie dorzucił ani jednego nowego rysu charakterystycznego. Jego Podfilipski był niewątpliwie płytszy od takiego Różyca427 z Nad Niemnem428 Orzeszkowej i od wszystkich w ogóle przedstawicieli tego typu w powieściach tej autorki. O porównaniu tła duchowo-społecznego, na jakim ukazują się tego rodzaju postacie u Orzeszkowej i u Weyssenhoffa, nie może być oczywiście nawet mowy. Pozostaje więc do zapisania na dobro pana Weyssenhoffa sylweta wprawdzie znana, lecz zarysowana dość dowcipnie, pozostaje styl ironiczny, którym u nas w Królestwie Polskim w ogóle mało kto umie władać, pozostaje polszczyzna dobra, choć nieco zmanierowana w kierunku fałszywej prostoty i sztucznej tężyzny. Poza tym ani głębokości myślowej, ani prawdziwie oryginalnej wrażliwości artystycznej, ani intuicji duszoznawczej, ani — oczywiście — żywego i ciągłego kontaktu z życiem swego społeczeństwa. A pomimo to satyryk, kandydat do „Panteonu negujących”! Satyrykiem nazwany został pisarz, którego całe życie umysłowe zamknięte jest szczelnie w granicach płyciuteńkiej i obcej istotnym metamorfozom i przekształceniom społecznym warstewce towarzyskiej; pisarz, który swoje nienowe spostrzeżenia, z życia tej warstewki zaczerpnięte, oświetla z punktu widzenia ideałów pojmowanych tak naiwnie, jak pojmować je może najbardziej sentymentalna spośród dobrze intencjowanych429 powieściopisarek, „należących do sfer niższych”. I proszę tylko zważyć, jaką cząstkę w życiu duchowym pana Weyssenhoffa zajmują owe ideały? Niewątpliwie nierównie mniejszą niż wszystkie drobniuteńkie przepisy i konwenanse sportowego i towarzyskiego życia. Znać, że przychodzą mu one na myśl w tych godzinach „zblazowania” i „matowości” duchowej, w których chwyta za pióro. Katzenjammer nazywano niekiedy przebudzeniem anioła w zwierzęciu. Przebudzenia te bywają bardzo ciekawe i piękne u Baudelaire’a430 lub Verlaine’a431. Anioł budzący się w panu Weyssenhoffie — sportsmenie i ekspercie spraw bakaratowych432 — jest doprawdy dość nudny i jego liryzm pachnie na milę Modlitwą dziewicy niezapomnianej pani Bądarzewskiej433.

Gdyby autorem Podfilipskiego i Sprawy Dołęgi434 nie był pan Weyssenhoff — a więc człowiek, który o każdym z naszych demokratycznych krytyków, chociażby nawet krytyk ten nie był panem Gallem, powiedzieć może z zupełną słusznością: „ci poczciwcy mają osobne pojęcia o życiu; posiadają i zalety: nie umieją grać w karty i z wielką trudnością, po wyczerpującej sesji można im zaledwie wyłożyć technikę gry w „bakarata” — książkom jego nie przyznano by nawet połowy tego znaczenia, jakie przyznane im zostało przez naszą prasę postępową. Zaszło tu pewne nieporozumienie. Książki pana Weyssenhoffa posiadają znaczenie artystyczne (średniej miary) i znaczenie dokumentu, rysującego nam życie pewnych warstw społecznych. Wobec minimalnego znaczenia tych warstw i wobec niewielkiej oryginalności spostrzeżeń, jakie książki pana Weyssenhoffa przynoszą — i to ostatnie dokumentalne znaczenie było niezbyt wielkie. W każdym razie wyraz „dokument” określa tu charakter znaczenia. Nie używam tu wyrazu: dzieła, umyślnie, gdyż gdzie mówię „dzieło”, muszę powiedzieć „działacz” — a więc człowiek, pragnący nadać biegowi zdarzeń pewien określony kierunek. O tym zaś oczywiście nie może być mowy u pana Weyssenhoffa; jego aspiracje w tym kierunku, to wybębnianie społecznej bądarzewszczyzny w godzinach katzenjammeru, jeżeli zachodziły co do tego jakieś wątpliwości, to manifest pana Weyssenhoffa z powodu procesu w Pile musi je usunąć. Satyryk Weyssenhoff przemawia z powodu faktów, stanowiących zazwyczaj przedmiot jego satyry. Że sam brał udział bezpośredni w faktycznym przebiegu sprawy, to nie stanowi nic i nie zmniejszałoby niczym samo przez się znaczenia jego satyry, ale wczytajcie się w argumentację, wniknijcie w sposób traktowania sprawy, w subtelność dystynkcji435; zauważcie, z jaką finezją została wyeliminowana cała masa szczegółów najbardziej charakterystycznych, z jakim sprytem wszystko zostało zredukowane do konfliktu pomiędzy panem Bnińskim a Ponińskim, z jakim machiawelizmem436 ten ostatni został pognębiony, jak sprytnie wyzyskana pseudopolityczna strona sprawy (w oczach „myśliciela pana Weyssenhoffa” sprawy Bnińskich mają znaczenie polityczne), a mimo woli nasuwa się przekonanie, że to pisał Podfilipski.