— Właściwie — powiedziałem, starając się być zjadliwy i kładąc nacisk na każdym słowie — mistyfikacja się panu nie powiodła. Chciałeś pan odegrać wobec mnie rolę demona. Nie przestraszyłem się. Jesteś diabłem lichszego nawet gatunku niż ten, który u Dostojewskiego32 ukazuje się Iwanowi Karamazowowi33. Jeżeli zaś przypominasz mi kogoś, to prędzej lokaja Smierdiakowa34 z tejże samej powieści. Oto to, właśnie jesteś Smierdiakow i nikt inny, naczytałeś się lichych książek i wyprowadziłeś z nich najpodlejsze, najsmrodliwsze wnioski — i to nazywasz swoją filozofią.

Zdawało mi się, że go zmiażdżyłem. Homunkulus zrobił istotnie pokorną minę, ukłonił się i rzekł:

— Bardzo to być może. W każdym jednak razie nie moja to wina.

Tu przymrużył lewe oko i przyglądał mi się zupełnie już bez żenady35, drwiąco.

— Jak to nie twoja... nie pańska wina? Cóż to znów za brednie?

— Co innego kuszenie świętego Antoniego36, a co innego — kuszenie Połanieckich37 i Podfilipskich38. Czy ja winien, że wam się śnią takie sny? Ja, sen wasz, przez was, przez wasze ukryte marzenia do życia powołany, z nich się lęgnący.

— Sen?

Ale Homunkulus nie zwrócił uwagi na pytanie.

— Każdej chwili swego lenistwa i zadowolenia zajrzyj w twarz, a mnie w niej zobaczysz, rozkoszy swojej się przyjrzyj, gdy coś nieznanego banalne ci się wyda, a mnie zobaczysz, rozkoszne drżenie „duszy”, gdy symfonią beztreściowych wyrazów się poisz, zanalizuj — mnie na dnie znajdziesz, estetykę swą, estetykę nastroju, muzykalnego słowa i zesztywniałego absolutu w jeden tom opraw i połóż na nim napis: „Estetyka Homunkulusa”.

Wstałem.