— Skoro jednak jesteś snem...?
Uśmiechnął się jeszcze bardziej szelmowsko39 i podle.
— Nie to, co jest, jest — powtórzył — ale to, co będzie.
Wyszedł.
Od tej chwili spotykam go często, pod różnymi tylko pseudonimami, gdyż nad światem naszym panuje jeszcze incognito40.
Zygmunt Podfilipski, Henryka Sienkiewicza apologeta41 pośmiertny
Przebiegałem oczami tak dobrze mi znaną, zanim ją nawet po raz pierwszy czytać zacząłem, przedmowę, w jaką42 zaopatrzył swój francuski przekład wyboru pism Novalisa43 we własnym quand même44 mistycyzmie rozkochany Narcyz współczesnej literatury, seraf45, pszczelarz i cyklista46 — Maeterlinck47. Czytałem z przyjemnością, odcyfrowując48 każdy wyraz tekstu, jakby kluczem pisaną depeszę, przebiegając myślą wijące się pod nim krużganki49 na wpół uświadomionych, na wpół instynktownych autosugestii i omamień, by dosięgnąć wreszcie do istniejącej w każdym, najkłamliwszym nawet i najbardziej unikającym widoku własnego swego „ja” człowieku — jego samotnej, tym samotniejszej, że przez niego samego nieznanej, wewnętrznej prawdy. Nagle zatrzymały mnie i zastanowiły swą własną już, niepalimpsestyczną50 treścią następujące wyrazy: „Gdyby jakaś istota zstąpiła pomiędzy nas i domagała się od nas, byśmy jej pokazali najwyższe wykwity naszej duszy, tytuły szlachectwa naszej ziemi, co pokazalibyśmy jej?”
Pogrążyłem się w smutnej zadumie, w głowie mojej urodziła się nagle zdumiona pewność, że nie pokazalibyśmy temu wysłannikowi wieczności ani Rodziny Połanieckich, ani Quo vadis51, ani Bez dogmatu52, ani nawet Trylogii53.
Czyżby więc...?
U drzwi moich rozległo się wytwornie przytłumione, niemniej stanowcze jednak i jakby niecierpliwe pukanie.