FIZDEJKO

Gdzie jestem?!! Jakieś nieznane miejsce z dawnych wcieleń!!

Roztrzaskuje fajkę o poręcz fotela. Karabin ma cały czas na ramieniu. Mistrz pełznie ku nim poprzez kupę leżącej na ziemi swojej zbroi.

MISTRZ

pełznąc jak snący rak

Dobijcie mnie... Męczy mnie ta wizja ostatniego balu... Nie mam już sił na towarzystwo Boga... Jest za dobry, za grzeczny, a we wszystkim kryje się pogarda. Nie chcę już rozmów fundamentalnych. Tak cieszyłem się niebytem i znowu coś jest, choć nie poznaję już siebie. A z przyzwyczajenia mówię o sobie: ja, ja, ja, ja...

Jęczy prawie

Zabijcie drugą jaźń. Czyż byłaby nieśmiertelna? Och — co za męka! Dobijcie mnie! Litości!!

DER ZIPFEL

Wal, Fizdejko, z obu luf w tego pełzającego gada. Dobij go, jak naddeptanego żuka. Niech się nie męczy już.