Precz! Precz z moich oczu, fałszywe duchy. Jestem oszukany, zdradzony!

Skrzek Potworów bardzo głośny. Wszyscy z wyjątkiem Potworów i trupa de la Tréfouillea uciekają nagle w dzikim popłochu, tłocząc się we drzwiach.

Kurtyna.

AKT CZWARTY

Na lewo scena taka sama jak w akcie I. Na prawo zamiast salonu ogród. Kwitnące krzewy otaczają placyk, wysypany czerwoną ziemią. Kwitnące glicynie oplatają koniec muru na lewo, złamanego według linii zygzakowatej. Nad krzewami widać liściaste drzewa i sosny w jesiennych barwach. Słońce poranne zalewa scenę od lewej strony. Śpiew ptaków, ryk krów z oddali. Zza muru wyłazi Elza, obdarta jak w akcie I, gasi lampkę elektryczną palącą się na szafce nocnej i włazi pod kołdrę. Wprost sceny dwa rokokowe fotele z I aktu.

ELZA

Nareszcie przeszła ta burza i mogę z czystym sumieniem wrócić do mego ubóstwa, nie myśląc o królewskiej reprezentacji.

Z krzaków wychodzi Mistrz, w pełnej zbroi, przyłbica podniesiona. Za nim Fizdejko z wąsami, w kostiumie fantastycznego nadleśnego: kapelusik ze szczoteczką, zielone wyłogi, złote odznaki. Karabin winchester na ramieniu.

FIZDEJKO

A więc umówione. Zostałem nadleśnym u Mistrza. Pomyśl, Elzo, będziemy żyli w małym domku — malwy, geranie, nasturcje, świeże bułki, miód prosto z lasu i zupełna beztroska. Czasem w wilię święta ubiję jakiegoś biednego zajączka lub sarenkę i to będzie nasz największy zbytek. A — mleko, dużo mleka koziego prosto od kozy, a czytać będziemy tylko kalendarz.