Poza płciowymi przeżyciami samce nie są bardzo zdolne do rywalizacji, wolą zasadniczo byt spokojny i zrównoważony. A tu tylko ostra rywalizacja może wykrzesać coś nowego z zasypiających w wygodzie tych właśnie, w których tląca się potencjalnie, a odpowiednio rozdmuchana wyższość nad innymi może pchnąć całą grupę na wyższe tory przeznaczeń. Nie będę wdawał się tu w detale tak świetnie opisane w cytowanej książce francuskiej. Z pół religijnych, pół na ekonomicznej podstawie82 opartych świadczeń w naturze między grupami organizacyjnymi wytwarza się powoli owa ciekawa instytucja indywidualnego „potlatschu”, jakby pewnego rodzaju pojedynku bez broni, w którym chodzi o to, aby zaćmić w jakikolwiek sposób przeciwnika, wywyższyć się ponad swe otoczenie i następnie (i to mi się wydaje istotne, jakkolwiek nie jest zaakcentowane u wspomnianych autorów) dociągać całą grupę do swojego podwyższonego poziomu. Tu jest istota społecznego znaczenia „potlatschu” i wynikającej z niego wszelkiej władzy. Wydaje się, jakby sam klan komunistyczny nie był w stanie wydźwignąć się z danego niskiego [w] stosunku do możliwości tkwiących w korach mózgowych jego członków [poziomu] na wyższe poziomy kultury, na wyższy, potencjalnie już jakby istniejący jej szczebel. Musi powstać władca posiadający specjalne właściwości, przewyższający całe otoczenie siłą fizyczną, odwagą, inteligencją i zdolnością narzucenia swojej woli innym, musi wziąć klan za mordę i przez tresurę całej grupy, którą będzie starał się dociągnąć do swojego standardu (czyli wzorca?), rozpuści w niej tę siłę swoją jak cukier w ciepłej wodzie, uczyni własnością wszystkich, podwyższając natężenie duchowe, a przez to i materialną kulturę całego otoczenia. Wydaje mi się, że przebieg historii jest taki, że do pewnego punktu obie wielkości: natężenie indywiduum władającego (względnie jego najbliższego otoczenia i tych, między których ono rozdziela swą władzę) i natężenie całości społeczeństwa utrzymuje się w pewnej równowadze, przy czym następuje powolny podział na kasty, a dalej na klasy. Władca nie rozpuszcza się w swej potędze równomiernie między wszystkich i stwarza (również prawdopodobnie dla celów doraźnych, a w gruncie rzeczy instynktowo dla celów dalekodystansowych, gatunkowych) nierówności społeczne i różne napięcia społecznego potencjału wewnątrz grupy, która też przez to w całości wzmaga swój potencjał ogólny i swoją twórczość we wszystkich dziedzinach. Do tego przyczyniają się wojny, ten „potlatsch” międzygrupowy, a dalej międzynarodowy. Po pewnym czasie występują objawy pewnego skostnienia tego ustroju; klasy rządzące przez ciągłe łączenie się między sobą degenerują się (prawo „egzogamii” nie jest w tym wypadku — na tle kwestii dziedziczenia dóbr i honorów — zachowane), a jednocześnie następuje coraz większe rozprzestrzenienie się i równomierniejsze rozłożenie dóbr duchowych między całą grupę („naród”), przy jednoczesnej nierównomiemości materialnej. Następuje przeganianie się klas w pewnego rodzaju wyścigu i ostatecznie dawna struktura — na skutek samouświadomienia się i potęgi klas dorabiających się takiej, że aż przerastającej potęgę indywiduum w ogóle (a specjalnie rządzącego osobnika i jego najbliższej klasy: „podpór tronu”) — rozpada się i następna klasa (dorabiająca się) dostaje władzę w swoje ręce. Po czym następuje okres „kłamliwy”, zdaje się też konieczny, tzw. demokracji, czyli panowania kapitału. Początkowo kapitał tworzy nowe wartości kulturalne, przez swą koncentrację koncentrując organizację mas, po czym zaczyna się zmieniać w pasożytującego na ludzkości nowotwora, grzebiącego większą część jej w swoich konstrukcjach i zużytkowującego cynicznie dla swych celów (zysku) dawne pozytywne nigdyś i twórcze uczucia narodowe w postaci wojen. Międzynarodowej organizacji kapitału przeciwstawia się międzynarodowa organizacja robotnicza (czasowo też u początku swego istnienia na małych odcinkach kompromisowa organizacja faszystowska), po czym kapitał prywatny zostaje usunięty na korzyść samorządzącego się państwa pracy, obejmującego całą ludzkość i organizującego racjonalną (w przeciwieństwie do dzikiej, dla zysku) wytwórczość i rozdział dóbr.

Cóż się dzieje w tym przewrocie z indywiduami władczymi, z typami dawnych władców? Następuje kompletna transformacja władcy rozpuszczającego mimo woli potęgę swą wśród mas na władcę-sługę klas dorabiających się: początkowo trzeciego, a potem czwartego stanu83.

Zdaje się, że ten proces jest nieunikniony i jeśli kultura wyższa ma być na jakiejś planecie, wśród jakichś (IPN), (żywych stworów)84 operujących mową, osiągnięta, to musi to odbywać się mniej więcej w taki sam sposób, jak u nas.

Od razu nie można osiągnąć i wyższej kultury, i ogólnego szczęścia: najpierw jedno, poprzez męki uciśnionych — musi być ludzka miazga, na której wyrastają pyszne kwiaty wielkich indywiduów-obdarzycieli całości, a potem dopiero drugie, na tle samouświadomienia się masy i już innego gatunku zaprzężenia wielkich indywiduów (ale już innego typu) do świadomej pracy dla dobra całej ludzkości.

Nie jestem tutaj jakimś „rzecznikiem wstecznictwa”: przeciwnie, mam najradykalniejsze przekonania społeczne (można by to nazwać pewną formą nie falansterowego, broń Boże, socjalizmu85) — chodzi mi tylko o to, czy może być zasadniczo inny przebieg procesu wytworzenia idealnego szczęścia na ziemi, tj. braku nędzy i nierówności dóbr przy jednoczesnym wysokim kulturalnym poziomie; przychodzę do wniosku, że nie. Jest to, zdaje się, tragedia wszelkich gatunków (IPN) we wszechświecie. Chodzi tylko o to, aby kłamliwy — pozornie dający równy start dla wszystkich, a w gruncie rzeczy implikujący najohydniejsze niewolnictwo — okres fałszywej, zakłamanej demokracji trwał jak najkrócej. Niestety, nie możemy przetelegrafować naszych zdobyczy na księżyc Jowisza, gdzie może tworzy się właśnie jakaś ludzkość w postaci odpowiadającej naszej Rewolucji Francuskiej. Ba (jak to mówią i piszą niektórzy), sami dla siebie nie umiemy wyprowadzić najprostszych wniosków z naszej własnej historii. Zamiast rewolucji od góry, która mogłaby dać szczęście milionom, bez żadnego rozlewu krwi, przy pomocy jednego dekretu podpisanego przez uświadomionego co do obowiązków swych władcę, co chwila widzimy wyrzucanych gwałtem władców tych, którzy z dziwnym uporem trzymali się beznadziejnie swych fikcji, oraz walkę klas, która jest widać złem koniecznym, nie do uniknięcia na tym tzw. „padole”.

Chodziłoby o to, aby zmądrzały nareszcie klasy rządzące tam, gdzie nie zostały jeszcze zmienione przez władców innego typu, pochodzących z zupełnie innych warstw społecznych i psychicznych — to najważniejsze — i zaczęły robić rewolucję od góry, póki czas. Mając w swym ręku skondensowaną już władzę, nie potrzebując z trudem jej zdobywać, jest to po prostu igraszką: parę dekretów i koniec. Ale przekleństwem ludzi władających tego typu jest to, że muszą być — po niepotrzebnym wylaniu rzek krwi, cofnięciu kultury, zniszczeniu tzw. kulturalnego dorobku — na zbity łeb wylani, choć mogliby być błogosławionymi po wieczność dobroczyńcami ludzkości. Mieć władzę i nie użyć jej dla dobra większej części społeczeństwa, i popierać międzynarodową bandę wyzyskiwaczy i maniaków siły kapitału dla jego siły — jest mimowolną czasem, ale jednak zbrodnią. Ale rewolucja od góry jest widać niespełnialną utopią, bo mężowie stanu są to przede wszystkim ludzie nieumiejący wyciągać wniosków z przeszłości na przyszłość, niedbający o dobro ogółu w szerokim znaczeniu tego słowa i jeśli nie dbający o wartości osobiste, jakie daje władza, to w każdym razie zapatrzeni w jakieś fikcyjne prestiże, wielkomocarstwowe imperializmy i niewidzący tego, że ziemia pali się im pod nogami. „A nuż za mojego życia nie trzeba będzie zrezygnować”, tak sobie myśli każdy albo z powodów ogólnoideowych, albo osobistych. Ale te elementy splatają się czasem w nierozdzielną całość, a u „niemytych dusz” łatwo jest bardzo o wszelkie podstawienia, mniej lub więcej wygodne. Utożsamić się z ideą, „jedząc langustę w cylindrze”86 (tzn. mając samemu cylinder na głowie, a nie to, że niby sama langusta itd. — nie warto gadać, jak mówił pewien stary hrabia), jest bardzo łatwo; trudniej jest uczynić to siedząc w smrodliwym więzieniu i będąc zjadanym przez robactwo i bitym systematycznie po mordzie: są idee wygodne i niewygodne. Uświadomić sobie niewygodną ideę i wprowadzić ją w czyn jest bohaterstwem. Mało jest bohaterów na czołowych stanowiskach kuli ziemskiej: są albo szczerzy stronnicy ginącego świata w imię przebrzmiałych w istocie dawno już fikcji, albo cynicy. Fikcje te zdają się być potrzebne tylko jeszcze jedynie przedstawicielom gnijącego nowotworu — kapitału, dla ich potwornych przedśmiertno-drgawkowych machinacji87. Trudno — rewolucja od góry jest widać beznadziejną utopią, a podburzanie i rewoltowanie rządzącej elity — co tu na małą niezmiernie skalę robię — pracą beznadziejną i niewdzięczną.

Jeśli tylko wyjątkowi ludzie mogą świadomie zmniejszyć materialny standard swego życia na rzecz innych ludzi lub jakichś wartości duchowych, trudno wymagać tego od osobników rekrutujących się przeważnie z klas, którym zależy na jak najdłuższym przynajmniej utrzymaniu status quo ante, lub też będących dorobkiewiczami, arywistami z klas niższych.

Niezaprzeczalnym faktem historycznym, dotąd ważnym na naszej planecie (ale zdaje się, że i wszędzie nieuniknionym — przynajmniej inna droga osiągnięcia pewnych wartości jest niewyobrażalna), zdaje się być konieczność epoki, w której tworzą się wielkie organizmy państwowe, oparte na władzy jednostki lub nielicznej grupy najbliższego jej otoczenia i na nierówności, na hierarchii klas, przy czym najniższe klasy zmuszone są wieść żywot względnie nędzny, nie mogąc sobie nawet uświadomić w tych warunkach bezcennej wartości samego faktu istnienia w związku z olbrzymią przewagą ujemnych przeżyć: po prostu i niedelikatnie mówiąc, życie ich jest torturą. Ten stan rzeczy, potworny i ohydny w swej istocie — jeśli staniemy na punkcie widzenia istotnej zasadniczej równości potencjalnej wszystkich członków naszego gatunku (a świadczy o tym wybijanie się wyjątkowych osobistości z klas najniższych przy odpowiednich warunkach) — jest widać, na nieszczęście, konieczny dla stworzenia podwalin kultury i materialnej, i duchowej, na której podstawie dopiero, przy ukróceniu jednostki przez organizującą się masę, świadomą już swych dróg i możliwych osiągnięć w przyszłości, może powstać możliwość ogólnego szczęścia i sprawiedliwości, przy zachowaniu zdobytej już kultury — ale za cenę pewnego zmniejszenia natężenia porywu indywidualnej twórczości. Czymś trzeba za to zapłacić — to trudno. Asceta za swą wewnętrzną doskonałość płaci wyrzeczeniem się bogactwa przeżyć i użycia — musi zapłacić i ludzkość, z tym trzeba się pogodzić. Jeszcze przed wojną, w r. 1912 i [19]13, doszedłem do wniosku, że za cenę doskonałości uspołecznienia ludzkość musi zapłacić: a) końcem religii (i tak zresztą w naturalny sposób kończącej swą rolę długowiecznej wychowawczyni ludzkości) jako „pierwszego metafizycznego przybliżenia”88, b) samobójstwem filozofii — w postaci negatywnego raczej (ograniczającego granicę Tajemnicy, implikowanej przez niemożność zdefiniowania wszystkich pojęć systemu i konieczność przyjęcia pojęć pierwotnych) co do swych wyników systemu ogólnego, do którego zdążamy i który połączy pozorne sprzeczności, implikowane przez istnienie w każdym ujęciu pojęciowym i c) upadkiem sztuki, która wyczerpawszy przedwcześnie wszystkie środki działania, musi skończyć się albo w powtarzaniu tego, co było, albo w zupełnej perwersji, obłędzie i dezorganizacji swych form konstrukcyjnych. Oczywiście dawniej, zaledwie wychylając się ze swego arystokratyczno- (ale nie w hrabskim znaczeniu) -estetycznego światopoglądu, podszytego zwątpieniem filozoficznym na tle utknięcia w systemie Corneliusa, którego studiowałem od dziewiętnastego roku życia, byłem z wymienionych wyżej powodów w rozpaczy. Teraz, po wyrzeczeniu się sztuki i napisaniu mego główniaka (1917–1932), pogodziłem się z tym wszystkim jako z wielką koniecznością dziejową i sądzę, że tak powinni pogodzić się z tym wszyscy, a wtedy zapanuje raj na ziemi: niestety łatwiej byłoby to zrobić mnie niż np. Karolowi Rumuńskiemu. Trudno. Wyciekną tzw. morza krwi, kultura się cofnie, nic się już wartościowego w wymiarach tej walki po stronie tzw. „konserwy” nie stworzy — to jest „więcej niż pewne”, jak to mówią — a wyjdzie na to samo, gdyby bez tych wszystkich ujemnych stron tego procesu ktoś nacisnął guzik i jednym dekretem zmienił kurs całej historii świata. Ale ci, którzy mają w swych rękach napięcia społecznego na kwindecyliony parowych Aleksandrów Macedońskich, wolą tę siłę powoli zmarnować, aby zgniła im w ręku, wolą żyć poniżej samych siebie lub być sługami ginącego świata, gnijącego nowotworu, niż zużyć ją we właściwy sposób, choćby mieli przy tym sami pęknąć lub co najmniej zmniejszyć standard życia i osobistego napuszenia władzy na wzór dawnych tyranów.

Czy okres gnębienia warstw niższych i tworzenia kultury indywidualnej, z której potem korzystać może dalszy rozwój kultury kolektywnej, społecznej, jest absolutnie konieczny, nie moim zadaniem rozstrzygnąć tu definitywnie; w każdym razie konieczność ta wydaje się nieskończenie prawdopodobna.

Następuje powolne rozpuszczanie się wielkich ludzi w ludzkości i powolne wzrastanie siły klas tzw. niższych, przy czym następuje powolne również przemieszczanie się typu władcy, przy jednoczesnej jego transformacji, z jednej warstwy do drugiej. Przykładem niech będzie panowanie nad światem dzisiejszej finansjery, należącej do stanu trzeciego, który zwalił (raczej zaczął walić) świat wielkich mocarstw i „dobrze urodzonych” władców dawnego typu od Egiptu i Asyrii do Rewolucji Francuskiej. Dawni władcy, o ile się utrzymali za cenę kompromisu, grali i grają rolę błazeńskich, symbolicznych postaci, będących w gruncie rzeczy marionetkami w rękach istotnych rządców świata, podobnie jak narzędziami ich są idee narodowo-szowinistyczne, narzędziami koncentracji ich ponadnarodowej potęgi, mającej źródło w zysku bez względu na dobro i potrzeby reszty ludzkości. Dlatego skrajni, szczerzy narodowcy wszelkich gatunków89 należą dziś według mnie do omamionych: wydaje im się, że postępują według najszczytniejszych w ich mniemaniu idei, a tymczasem działalność ich jest tylko tajną funkcją jakichś zamaskowanych potęg kapitalistycznych, zużywających nacjonalizm dla ich bezproduktywnych i implikujących krzywdę milionów ludzi celów.