Prócz tego w każdym kraju znajduje się pewna ilość mniej lub więcej inteligentnych materialistów pseudonaukowców, których kierunek wiedeński sobie akaparuje, stwarzając filie po świecie całym. Jak to we wszystkich moich pismach starałem się udowodnić66, jakaś metafizyka, w znaczeniu Ontologii Ogólnej, jest konieczna — chodzi tylko o to, jaka. Otóż udowodniona jest chyba dostatecznie niesamowystarczalność poglądu fizykalnego (ostatnia transformacja materializmu na nim się opiera) w opisie całości świata. Pogląd ten tkwi korzeniami w poglądzie życiowym, w którym również tkwi cała problematyka filozoficzna. Pogląd fizykalny jest częścią poglądu życiowego, odpowiednio przetransformowaną i rozwiniętą. Przy pomocy tego poglądu, wbrew twierdzeniom wiedeńczyków i innych mniej perfidnych gatunków materialistów, twierdzeniom opartym w ostatecznej instancji na niespełnialnych obietnicach wyników przyszłych eksperymentów67, nie możemy absolutnie wyjaśnić istnienia zindywidualizowanej materii żywej, żrącej, przetwarzającej „materię martwą” na żywą, rozmnażającej się i regenerującej się, a nade wszystko nie możemy wyjaśnić istnienia czuć (a dalej myśli). Raczej jest częściowo prawdziwe psychologistyczne (poglądy Berkeleya68, Macha69, Avenariusa70 i najdoskonalszy, najkonsekwentniejszy pogląd Corneliusa, też mimo wszystko niesamowystarczalny — bo co robić z wielością jedności osobowości i takością, a nie innością świata?) sprowadzenie całego poglądu fizykalnego do danych „psychicznych” i wyrażenie go w terminach tych „bezpośrednio danych” (oj, dana, dana, ty moja bezpośrednio dana!), tj. części naszych przeżyć — jakości prostych: dotyków wewnętrznych (czuć organów i mięśni), zewnętrznych, barw, dźwięków, zapachów i smaków — bo z tych ostatecznie elementów, plus wspomnienia i wyobrażenia, ujętych w zespoły, czyli kompleksy, składają się ostatecznie tak nasze najsubtelniejsze uczucia, jak i najbardziej wzniosłe czy abstrakcyjne myśli, poza ich utrwaleniem w odpowiednich znakach. Ale tam, gdzie dla mnie jest „kupa jakości”, tam jest pani X sama dla siebie jako taka, rozciągła, cielesna, i na to nie ma rady, i tu zaczyna się właśnie monadyzm; bo czymże jest tzw. „materia martwa”, jeśli nie zbiorowiskiem takich bytów samych dla siebie (cielesnych jaźni), jeśli w ogóle realnie trwa, a nie jest majakiem idealistów, cudownie dla jedności świadomości skonstruowanym „intencjonalnym korelatem” ich „intencjonalnych przeżyć”? Fu — do czorta! Podobnym do błędu materialistów i psychologistów jest błąd antymetafizycznych antropologów, etnologów i socjologów, chcących z niczego zrobić coś i ze strachu, miłości i głodu, tych uczuć fundamentalnych „życiowych”, tylko w jakichś niesamowitych natężeniach, stworzyć nowy wymiar: magiczny, a dalej religijny przeżywania, będący podstawą dalszej transformacji w pojęcia: „mana71 totemicznych konstrukcji i innych wyższych kultów, aż do czci jednego Boga. Otóż nie, największe natężenie głodu i strachu (zwykłego, tzn. przed określonym niebezpieczeństwem) nie potrafi stworzyć zupełnie nowego wymiaru religijnego przeżywania. Wymiar ten stwarza się w erotyzmie, bo tam wchodzi już w grę dziwność innego, podobnego stworzenia i zupełnie specyficzny do dziwności tej stosunek chwilowy, nietrwający ciągle i stale. Można by to samo powiedzieć o głodzie; ale tu jest przepaść, bo w miłości występuje kwestia drugiej „jaźni”, co zawiera już w sobie pewien element tajemniczości, podobnie jak sam fakt przeciwstawienia się cielesnego „ja” temu, co nim nie jest i którego częściami są inne, podobne temu „ja” stwory. Czyli w samym fakcie istnienia ograniczonego stworu żywego jest pewna tajemniczość jego dla niego samego, a także tajemniczość otaczającego świata, niebędącego nim, a wypełnionego podobnymi stworami. Bez tej „metafizyki” koniecznej — raczej prymitywnej, koniecznej ontologii za metafizykę w złym znaczeniu tego słowa uznanej, bo metafizyka72 znaczy tylko to, czego w terminach czystego poglądu fizykalnego opisać absolutnie nie możemy (a więc psychologia i biologia wraz z anatomią, fizjologią, a dalej z paleontologią i historią wszystkich żywych stworzeń i ludzkiego rodzaju, a dalej socjologia) — nie da się stworzyć specyficznych uczuć religijnych jako zlepków z dobrze znanych z najcodzienniejszego przebiegu codziennego dnia uczuć życiowych. Wtedy, gdy to staramy się zrobić (a nie wtedy, gdy wpadamy w „metafizykę” pozornie, według naukowców typu materialistycznego i pochodnych), deformując rzeczywistość, fałszujemy ją właśnie gruntownie pod pozorem twierdzenia, że nie można dzikiemu Arunta73 czy Kuakiutl74 imputować naszego, opartego na długowiecznej kulturze światopoglądu. Zaprzeczamy wtedy temu podstawowemu faktowi, że istnienie (IP) (żywego stworu) jest przeciwstawieniem się jego całej strasznej i tajemniczej w najwyższym stopniu dookolnej rzeczywistości, że jest to fakt pierwotny, którego pewnego rodzaju zrozumienie wymaga minimum świadomości refleksyjnej, jaką już w wysokim stopniu przez mowę obdarzone są ludy najpierwotniejsze; a tkwi dalej po prostu w fakcie jeszcze pierwotniejszym: koniecznego ograniczenia każdego stworu w nieskończonym świecie i niepojętości zasadniczej dla niego samego tak istnienia jego samego, jak i tego świata.

Nie biorąc tego stanu rzeczy pod uwagę, tylko rozpatrując uczucia religijne i ich wytwory jedynie jako pewną fantazję z punktu widzenia oddziwnionego kompletnie codziennego poglądu życiowego najpospolitszego naszego cywilizowanego człowieka prymitywnego (np. zmechanizowanego robotnika, urzędnika albo behawiorysty), wtedy dopiero fałszujemy kompletnie i beznadziejnie stan rzeczy, który opisać mamy.

Dlaczego zaś pierwotny człowiek wybiera zwierzęta i rośliny jako pierwsze pochodne uosobienia nieokreślonego, bezosobowego „mana”, będącego według mnie pierwotnie całym dookolnym światem, wydaje mi się znajdować objaśnienie w tym stanie rzeczy, że stwory te, wykazując pewne analogie do jego własnej osoby i jego jednogatunkowców, posiadają, poza pewną określoną indywidualnością osobową, właśnie pewną dziwność i odrębność, która nadaje się najlepiej do symbolizowania tajemniczych potęg opiekuńczych lub złowrogich, w każdym razie tajemniczych (bo pochodnych od samej Wielkiej Tajemnicy) przestrzeni otaczających Istnienia w całości. Ciekawe jest — zaobserwowałem fakt ten w muzeach australijskich, nieporównanych jako bogactwo etnograficznego materiału — że u dzikich o większej stosunkowo kulturze, wyobrażających w drzewie i kamieniu swoje bóstwa, twarze tych ostatnich stanowią zupełne przeciwieństwo typu posiadanego przez ich twórców. To samo daje się zauważyć w rzeźbach murzyńskich.

Ale dość tej dygresji — wróćmy do pierwotnego klanu totemicznego jako organizacji społecznej.

W najpierwotniejszej formie swej jest to społeczeństwo bardzo ograniczone (przeważnie najwyższymi jednostkami są dwie fratrie, podzielone na pewną ilość klanów — wyższe skupienia tworzą się dopiero przy już bardziej rozwiniętej i skonsolidowanej władzy) co do ilości członków, żyjące prawie że w komunistycznej wspólnocie wszystkich dóbr, pierwotnie o macierzystym dziedziczeniu nazw, totemów75, odznak. Potem dopiero, w miarę osiedlania się koczowników i przejścia w wyższy stan kultury rolniczej, następuje zmiana macierzystego dziedziczenia na ojcowskie.

Zauważyć trzeba, że pierwotni dzicy nie mają pojęcia, że stosunki płciowe wywołują zapłodnienie kobiet, i wierzą, że wszyscy pochodzą wprost od totemu klanu, który bezpośrednio (przy przejściu np. niedaleko niego) zstępuje na swoją oblubienicę. U wielu dzikich ojciec żyje w chałupie żony swej jedynie jako partner płciowy, niańka swych dzieci (o których nie wie, że od niego pochodzą) i robotnik domowy i leśny (myśliwy), a rządzi rodziną brat jego żony, uważany za istotnego tej rodziny władcę, będący u siebie w domu takimże niepozornym faktotum76.

Ale nie o to chodzi. Główną sprawą, która nas tu zajmuje, jest fakt, że totemiczny klan komunistyczny w dalszym swym rozwoju wytwarza jednostkową, indywidualną władzę, aby — najwyraźniej — móc rozwijać się dalej i pozwolić członkom swym osiągnąć wyższy stopień kultury. Dzieje się to tak automatycznie, instynktowo, a nie programowo oczywiście, jak wszelkie cuda instynktu u owadów, opisywane przez Fabre’a77. Wygląda na to, że życie społeczne o pewnym stopniu kultury, a nade wszystko związana z tym stopniem mowa, w związku z rozwojem kory mózgowej (ośrodków asocjacyjnych), co jest podstawą poprzednich zjawisk i wzbogaceniem na tym tle życia psychicznego, wymusza dalszy rozwój w pewnym kierunku, który może dalej polegać na podniesieniu kultury duchowej i niesłychanym, w stosunku do pierwotnych warunków, podniesieniu stopy życia pewnych członków tego społeczeństwa, raczej całych klas, na niekorzyść innych; te inne traktowane są przez demona gatunku raczej jako pewnego rodzaju gatunkowa gleba, na której rosną dopiero rzadkie okazy wybitnych indywiduów, prowadzących całość danej grupy ku wyższym jeszcze stopniom kultury i wyższym przeznaczeniom. Natrafiamy tu też na jakieś prawo „transcendentalne”, absolutne, które widać musi rządzić wszelkimi możliwymi zjawiskami społecznymi w całym wszechświecie; prawo rozpuszczania się — w znaczeniu roztworu — wielkich ludzi w masie ludzkości, która rosnąc przez to w potęgę, utrudnia pojawianie się nowych wielkich indywidualności aż do zupełnego ich zaniku i zaniku indywidualnej twórczości.

Nie będę tu wchodził w szczegóły rozwoju indywidualnej władzy, tak świetnie przedstawione w książce Moreta i Davy’ego (warto by ją przetłumaczyć na polski zamiast tuzina np. jakichś obskurnych powieścideł, służących tylko do jeszcze większego zaklajstrowania i zagwazdrania mózgów naszej z dnia na dzień spadającej w umysłowej kulturze publiki). Ograniczę się tylko do paru słów.

Z tego, co różni ludzie piszą, widać, że powstawanie indywidualnej władzy nie jest procesem tak bardzo jednoznacznie dla wszystkich wyklarowanym. Są duże dywergencje zdań co do ważności różnych czynników tego procesu; jedno widać jasno, że proces ten jest złożony i że różne czynniki skupiają jakby swe wysiłki, aby władzę tę ukonstytuować. Jest to melanż społeczno-religijny, przy czym robi wrażenie — o ile można puścić się na nic niewyjaśniające zresztą skrótowe hipostazy — jakoby „demon gatunku”, chcący go podnieść na wyższy stopień (prawo ewolucji jest jednak faktem — jest to integralny element samego istnienia indywiduum i gatunku), zużytkowywał poczucie Tajemnicy Istnienia dla celów organizacyjno-społeczno-kulturalnych i przy pomocy sankcji magiczno-religijnych umacniał władzę wybitnej jednostki, która to władza ma źródło swe w istnieniu rodziny rządzonej ostatecznie zawsze przez kogoś, a nie stanowiącej bezstrukturalną masę. Tak jak coś jest w nas, co pcha nas do zakreślenia pewnej — stałej w pewnych granicach dla wszystkich — linii rozwojowej, która jest istnieniem naszym, tak samo jest coś takiego w gatunku. Takie pojęcia jak „elan vital” Bergsona78, wprowadzone jako ogólne skróty dla pewnych faktów, mogą być przyjęte na końcu danego systemu wykazującego konieczność danego stanu rzeczy przy pomocy innych pojęć; umieszczone na początku, jako niby pierwotne pojęcia hipostazyjne (lepiej niż hipostatyczne), nie wyjaśniają nic, tylko uwalniają — na tle powierzchownego (jak w wierze jakiejś dogmatycznej) uspokojenia — od dalszego badania ich źródeł w głębszych koniecznościach samego faktu istnienia żywego stworu, w wielościach indywiduów tego samego gatunku wśród „materii martwej”.

Specjalnie interesuje mnie tu nie skład tego cocktailu organizacyjno-religijnego, stanowiącego pierwszy stopień władzy, z którego ona, jakoś jeszcze odrętwiała i niemrawa, nie może ruszyć ku dalszej konsolidacji, ile stopień dalszy, którego warunki stwarza znów demon gatunku (skrótowo-zastępcze wyrażenie antyhipostazyjne) przez instytucję zwaną „potlatsch7980. Robi to znowu wrażenie, jakby wyrwanie komunistycznego totemicznego klanu z jego samozadowolonego marazmu przy pomocy środków sankcyjno-religijnych nie doprowadziło do pożądanego rezultatu w kwestii uintensywnienia rozwoju. Wszystkie dane są: skrawek kory mózgowej w pysznym gatunku gotowy; jest prymitywna, niezbyt bogata może w osobne słowa dla podobnych rzeczy mowa; są zaczątki kultury materialnej (narzędziowej), mogącej rozwinąć się daleko; jest ogień; jest wiara, która nadaje już władzy nimb metafizyczny, a klan nie rusza się w dalszą drogę. A tu stworzywszy to wszystko, trzeba wyzyskać warunki do stworzenia wyższych wartości81 — wszak (ohydne słowo, a tu muszę go użyć) żyje się tylko raz: gatunkowo i indywidualnie tak samo. Raz pewno tylko na całą wieczność powstały takie akurat wymoczki, płazy i ssaki, no i my też. „A nuże” — jak dziwnie krzyczały makbetańskie czarownice — trzeba wykorzystać ten niepojęty cud istnienia jak najpełniej i najpotężniej; gatunek — ma się wrażenie — „myśli” zupełnie tak jak indywiduum: oczywiście „myśli” tak sumą indywiduów, z których się składa.