Węzłowisko niższości jest tak samo oparte o najbardziej zasadnicze uczucia Istnienia Poszczególnego (żywego osobnika), a nawet może jeszcze jest bardziej istotne dla jego istnienia jak kompleksy erotyczne i rodzinne, jakkolwiek ostatecznie od erotyzmu się wywodzi. Chodzi tu o potwierdzenie samego faktu istnienia w jego najpierwotniejszej nagości: człowiek jest nie przez to, że jest po prostu i koniec, ale przez to, że ma pewien kierunek, rozwija się, że staje się czymś więcej, niż jest w danej chwili, że przerasta siebie, a przez to przerasta innych, staje się czymś wyróżniającym się, coraz wyraźniejszym dla siebie, często pośrednio lub bezpośrednio i z jakiegoś punktu widzenia dla gatunku czymś lepszym od reszty osobników. Jest to zasadnicze prawo wewnętrzne i zewnętrzne rozwoju indywiduum, a przez to rozwoju gatunku, który rozwija się właśnie w osobach najbardziej rozwijających się osobników. Z tego punktu widzenia węzłowiska erotyczne jako takie, poza samą prostą ich strukturą związaną z naturą popędu, muszą być do pewnego stopnia funkcjami szerszego ogólnego dążenia do samopotwierdzenia się i ugruntowania gatunku, będącego źródłem kompleksu niższości, związanego z tym pierwotnym faktem, że istnieć to znaczy rozwijać się i iść naprzód (i to do ostatnich nieomal chwil życia), a stanie na miejscu jest równoznaczne z cofaniem się, z powolną śmiercią. W tym „transcendentalnym” prawie (w znaczeniu Kanta i Corneliusa, tzn. absolutnym prawie ontologicznym, jak bym to raczej sformułował) leży źródło kompleksu niższości, na tym tle, że mimo iż jest nam dany, jak by wyraził się Tadeusz Miciński49, „rozpęd do nieskończoności”, nikt z nas nie może go w swoim istnieniu w całej pełni ziścić i życie nasze jest wypadkową najróżniejszych starć naszych danych z otaczającym nas układem osób, sił społecznych i natury materialnej, których wypadkowa, często z punktu widzenia żądań jednostki wykoślawiona lub wręcz dla niej katastrofalna, stanowi to, co określamy mianem historii naszego życia.

Dobrze spełniony („wygrany” — lepsze określenie, ale nie podoba mi się jego, że tak powiem, „muzykał”) kompleks niższości, przy odpowiedniej dla istotnego rozwoju danego osobnika sumie warunków, może być powodem najistotniejszej, najautentyczniejszej jego twórczości, począwszy od objawów czysto indywidualnych: sztuki, filozofii, nauki, aż do działalności najbardziej bezpośrednio społecznej: na szczytach władzy prawowiernej lub rewolucji; źle spełniony staje się powodem przykrych deformacji osobnika, który przejawia się wtedy w życiu w formach wykoślawionych niespełnionej ambicji i zatruwa tak siebie, jak i swe otoczenie ptomainami50 swego psychicznego rozkładu.

Węzłowisko niższości, według tak powszechnych, najistotniejszych dla samego czynnego bytu indywiduum jego źródeł, musi być tak powszechne, jak są na tle konieczności przedłużenia istnienia gatunków węzłowiska erotyczne51: wynika ono z samych podstaw istnienia, które jest rozwojem, i z ograniczeń, które ten rozwój z konieczności na swej drodze napotyka. Ta zasada ograniczenia, to jest druga zasada transcendentalna (w znaczeniu konieczności dla całego aktualnego i wszelkiego możliwego bytu, a nie jakichś metafizycznych kombinacji w rodzaju „form zjawiskowych” czy „kategorii”52), jest tą, z której wypływają zasadnicze tego bytu cechy: wielość jego elementów ograniczonych czasowo i przestrzennie, powtarzalność stanów wewnętrznych i zjawisk i ich prawidłowość indywidualna, wewnątrz danej osobowości, biologiczna i psychologiczna, i prawidłowość statystyczna, w złudnym, a koniecznym świecie „materii martwej”. Z tego stanu rzeczy wynika, że właściwie różne formy kompleksu niższości muszą wytworzyć się u wszystkich indywiduów, poczynając od najniższych, a kończąc na najwyższych, bo właściwie pragnienia nasze — w związku z nieskończonością czasu i przestrzeni i potencjalną, graniczną, subiektywną możliwością nieskończoności we wszystkich swoich spełnieniach (zaczynając od pragnienia wiecznego trwania i rozpierania się nieskończonościowego w przestrzeni) — są nieogarnione i spełnienie ich jakiekolwiek musi być w pewnym sensie ich ograniczeniem i kompromisem. Stąd smutek nieuchronny spełnionych zamiarów i marzeń, specyficzna melancholia dokonanych czynów, pewnych szczytowych osiągnięć, znana tak dobrze wszelkim działaczom społecznym, twórcom życia, władcom i transformatorom rzeczywistości. Może wolna od niej do pewnego stopnia jest twórczość artystyczna i filozoficzna; pierwsza przez ograniczone z założenia w swym wyrazie prawo całego istnienia o zasadę jedności w wielości, dające się poznać w konstrukcjach będących jakby skondensowanymi pigułkami Tajemnicy Bytu, wyrażonej czysto formalnie, a nie treściowo — zniszczenie absolutnego nienasycenia przez jego poglądową formalizację i stworzenie zamkniętej w sobie, absolutnie samowystarczalnej strukturalnej jedności; druga, tj. filozofia, przez ujęcie czysto pojęciowe w całościowej formie zasadniczych rysów Istnienia we wszystkich jego przejawach (materii martwej, stworach żywych, psychiki i życia społecznego tych stworów), przy czym za cenę pośredniości symbolicznej, w przeciwstawieniu do bezpośredniości rzeczywistej dzieła sztuki, zyskujemy całość absolutną, czego w zawsze cząstkowym, choć realnym tworze sztuki osiągnąć się nie da. Ale i tu nawet, mimo pozornego graniczenia z rzeczami ostatecznymi, prześladuje nas zasada ograniczoności: są to zawsze twory, tu i teraz przez jakiegoś ograniczonego „ktosia” dokonane, objęte zasadą niedoskonałości wszelkiego ludzkiego tworzenia, jego niesamowystarczalnością. Nieskończoności Aktualnej nie zgłębimy nigdy: ani pojęciowo, ani bezpośrednio, ani w przeżywaniu, ani w twórczości, a jednak musimy ją przyjąć — tu leży źródło wszelkich tajemnic i niezwalczonych zagadek bytu. I w tych sferach, pozornie zaprzeczających zasadzie Tożsamości Faktycznej Poszczególnej (czyli w języku Leibniza kontyngencji — tość i takość, a nie inność), oczekuje nas konieczny smutek i melancholia rzeczy dokonanych. Dlatego to nawet najbardziej doskonale „wygrany” kompleks niższości, objawiający się zrealizowaniem wszystkich marzeń w danym zakresie, pozostanie właśnie — na tle absolutnego bytowego nienasycenia Istnienia Poszczególnego — tylko i jedynie kompleksem nie do rozwiązania, jeśli popatrzymy na osobnika w ogóle pod kątem psychologicznym, a nie mierząc wartości jego według standardu dokonanych czynów, które mogą być wielkie i wspaniałe, a twórcy swemu — na tle niedosiężnej nieskończoności — pozostawić tylko wrażenie istotnej nudy i niesmaku mimo powierzchownego zadowolenia z samego faktu dokonania czegokolwiek bądź. Oczywiście, jak to z samej analizy tej psychologii wynika, schizoidzi mają w stosunku do tych uczuć i stanów pierwszeństwo przed cyklotymikami.

Tak więc węzłowisko niższości, które specjalnie od wczesnego dzieciństwa — na tle ciągłych ograniczeń pożądań, chętek i zamiarów dziecka — musi się rozwijać, tzn. że ciągle tworzą się urazy stwarzające z tych pożądań kompleksy właśnie, tj. nieświadome źródła ujemnej oceny swej osobowości przy świadomym dążeniu do przezwyciężenia nurtującego w głębiach przykrego poczucia upośledzenia53, może być przyczyną największych czynów ludzkich, mających pierwszorzędną wagę dla całej ludzkości, a jednocześnie może być źródłem wszelkich niskich, najniższych może ze wszystkich, uczuć: zazdrości, zawiści i bezsilnej wściekłości tak zwanych z rosyjska „nieudaczników” (może nieudanków lub nieudałków) w stosunku do tych, których życie pociągnęło wzwyż. Ha, trudno! Nas będzie tu zajmowało specjalnie węzłowisko upośledzenia źle wygrane i nieprzyjemne skutki tego stanu rzeczy dla otoczenia obciążonych w ten sposób osobników, a także fakt istnienia tak szczególnie wielkiej ilości ludzi o tych źle wygranych (czy rozegranych) węzłowiskach, które zakładamy na tle powszechności pewnych praw u wszystkich absolutnie, najbardziej nawet zresztą względnie udanych ludzi w naszym kraju. Tu będę musiał się puścić na daleko idące hipotezy, których podstawy przekraczać będą znacznie moją kompetencję.

Istotą kompleksu niższości (węzłowiska upośledzenia) jest54 pewne podświadome niezadowolenie ze swojego położenia czy stanowiska w świecie i ze stosunku otoczenia, które zdaje się być zbyt obojętne czy negatywne wobec rzekomych wartości i czynów danego osobnika. Zaznaczyć trzeba, że odbywa się ta ocena często w głęboko podświadomych warstwach i nikt by często nie poznał w danym, pozornie zadowolonym z siebie, osobniku kogoś ciężko psychicznie zranionego swoim nieodpowiednim położeniem w układzie, w którym los żyć mu kazał. A jednak nieświadome ognisko złych myśli promieniuje swą ciemną emanacją, zmieniając różne reakcje na rzeczywistość do tego stopnia, że dana ofiara kompleksu często by się nie przyznała do swoich własnych, niezauważonych zwykle, drobnych postępków, do ich istotnego kierunku i intencji, gdyby mogła widzieć cały mechanizm swego wewnętrznego stawania się. Tak więc dwie są drogi wyjścia z fatalnego położenia stworzonego przez węzłowisko upośledzenia, o ile nie nastąpi zupełna równowaga między pragnieniami a rzeczywistością, marzeniem a jego spełnieniem, równowaga kompromisu i ugody, normalnego półzadowoleńka wydzielonym kęskiem istnienia i nasycenia własną osobowością, które jednak stanowi większą część ludzkiego bytu, miąższ wegetatywny społeczności, na której inne, obce jej pozornie wyrastają osobniki, uczucia i myśli; dwie są drogi: jedna droga — rzeczywistości — wiedzie przez realny trud do czynów usprawiedliwiających, choćby w męce, istnienie danego stworu na tej ziemi i w świecie całym i pozwala mu pozostawić za sobą, jako ślad jego bytu, wartościowe dla niego samego i dla innych, pośrednio lub bezpośrednio, twory; druga droga, droga nieprawdziwego napuszenia urojoną wielkością, którą na pewien czas nawet innych zamamić można, wiedzie przez kraj brzydkiej i małej fikcji do niesławnego końca, który można by przyrównać do rozprucia pustego, nadętego śmiesznie balonu.

Ale często zdemaskowanie nie następuje równo z końcem danego napuszonego na sztuczną wielkość osobnika. Czasem on sam przez innych systematycznie podbechtywany uwierzy w swą ważność z taką siłą, że do końca życia w jej poczuciu dotrwa, a nawet długo po śmierci błąka się między ludźmi jego wydęty ponad wszelką miarę majak — balon, zanim sąd nadeszłych, nieomamionych pokoleń, sąd historii już powoli dech sztuczny z niego wypuści, okazując jego nicość i wewnętrzną pustkę. Nie mówię o wypadkach przeciwnych: rozpoznania ważności tych, których za życia za nieważnych w nieświadomości swej i głupocie uważaliśmy, bo jest to wprost codzienny banał, nieomal od najdawniejszych dziejów ludzkości. Nie idzie mi tu o te wielkie społeczne przejawy owej złudy, tylko raczej o ten codzienny jad małych zdarzeń tego typu, przejawiający się w małych duszach, niezdolnych nawet do wielkich kłamstw i zakłamań. On to bowiem stwarza atmosferę ogólną danej grupy, miasta czy społeczeństwa całego, na której dopiero inne bakcyle potężniejszych i straszniejszych chorób się zahodowują55.

Jest jasne, że pewna część tzw. „ludzisków” musi na tę chorobę chorować. Możliwe, że wszyscy w mniejszym lub większym stopniu natężenia i utajenia ją mamy. Ale na czym polega, że nasz właśnie kraj nieszczęśliwy, którego cała historia zda się być jedną wielką potworną omyłką, cierpieć zda się właśnie najbardziej ze wszystkich, o ile mi się zdaje, krain naszego globu?56 Czemu przeciętnemu, a nawet, co najgorsze, wybitnemu osobnikowi naszej nacji zda się bardziej wprost zależeć, by się wydać czymś wydatnym niż być nim w istocie? Czemu nam właśnie wystarcza złuda naszej ważności wobec nas samych, a nade wszystko wobec innych, samo napuszenie się na wartość, sam blichtr dostojeństwa zewnętrzny niż sama ważność owa jako taka, sama wartość istotna, samo wewnętrzne dostojeństwo, oparte o rzeczywistość, a nie pozór spełnionych czynów? Nigdzie, zda się, ani w historii, ani w chwili obecnej nie nastąpiło ani nie następuje takie przemieszczenie i zwichnięcie wartości, jak w naszym nieszczęsnym narodzie57. Czy większa część nieszczęść, które naród ów sam na siebie w ciągu dziejów sprowadził, nie na tym mechanizmie utajonym każdej poszczególnej duszy się zasadza? Bo nie brak nam wielkich danych i wielkich talentów, zdolności i możliwości — tego bezsprzecznie odmówić nam nie można. I gdybyśmy inne cechy charakteru, konieczne dla realnej twórczości, posiadali — cuda wprost przy tamtych danych osiągnąć byśmy mogli. Ale unosi nas łatwa w pewnych warunkach do spełnienia żądza chwilowego, a nie dalekodystansowego świecenia blaskiem gwiazd pierwszej wielkości i dlatego stwarzamy raczej sztuczne, zwodniczym światłem błyszczące niby-gwiazdy, a w istocie tanie rakiety, które tylko pewien czas prawdziwe gwiazdy udawać mogą, a potem gasną bez śladu, nie zostawiając nawet trwalszej świetlistej smugi po swoim przejściu. A przekleństwem atmosfery kraju, w którym przewagę ma napuszenie nad ważnością samą, jest to, że gdy się zjawi wreszcie prawdziwie ważny ktoś, to materiału dla twórczości wedle swego wymiaru i potęgi nie znajduje i sam przez to zmarnieć musi. I czyż nie jest pełną przykładów takich, zmarnowanej ludzkiej potęgi, historia nasza?

Ja historię znam zbyt mało, aby się tutaj w zbyt uczone dysertacje wdawać. Ale gdy czytałem kiedyś dzieje nasze, to wprost aż wyłem z oburzenia i rozpaczy i mimo woli pięści zaciskałem z wściekłości, że podobne rzeczy dziać się mogły i że naród tak wielkimi możliwościami wewnętrznymi i zewnętrznymi rozporządzający tak mało istotnego zdziałał i stworzył, a wszystkich prawie swoich, rzadkich zresztą, prawdziwie wielkich mężów — przez brak podtrzymania ich, a tępy zasię opór przeciw ich wielkości i hojnej dla innych potędze — zmarnował i mówiąc dalej tym trochę napuszonym stylem, zgnoił58. I tak było aż do czasów ostatnich i coraz rzadziej widzieliśmy prawdziwą wielkość między nami. Bo nie chodzi tylko o wielkość danych osobników, tylko o to też, jak ta wielkość całość bytu ludzkiego w danym społeczeństwie na wyższe szczeble podnosi59. Zaraz na ten temat pewną teoryjkę przedstawię, opierając się na doskonałej książce panów Moreta i Davy’ego: Des clans aux empires (Od klanów do imperiów). L’Evolution de l’humanité. Synthèse collective. La Renaissance du livre.

Znaczenie indywiduum w rozwoju społecznym i tragedia upośledzonych

Wspomniani panowie: Moret60 i Davy61, opisują w niezwykle ciekawy sposób tajemniczy wysoce proces powstawania zaczątków indywidualnej władzy w pierwotnym, prawie zupełnie komunistycznym klanie. Taki pierwszy zalążek władcy, jaki widzimy w formie australijskiego klanowego „alatunji” (magika), jest postacią dość nieokreśloną. Według Frazera62 (którego znam Golden Bough63) wszystko zaczyna się od publicznego czarodzieja; wiadomo, że magia jest najpierwotniejszą formą religii, odnoszącą się do potęg prawie jeszcze nieosobowych. Według mnie u podstawy ich leży cała „reszta” istnienia, czyli wszystko to, co nie jest „mną”, czemu ja się w pewnym sensie przeciwstawiam. Zaznaczę mimochodem, że jestem przeciwnikiem sprowadzania uczuć religijnych do uczuć życiowych, jak to czynił w swych Wierzeniach religijnych Bronisław Malinowski64. Jest to stanowisko tzw. naukowe (dla mnie „pseudo”), które polega na tym, aby nie implikować zaraz u podstawy badań jakiejś mniej lub więcej określonej metafizyki, a właściwie ontologii. Ale czasem to właśnie niby-naukowe stanowisko prowadzi prostą drogą do stworzenia najbardziej jadowitej, bo fałszywej w dodatku, metafizyki, czego najdoskonalszy przykład widzimy w tragikomedii materializmu, podjętej dziś na nowo na wielką skalę w trochę zmienionej postaci przez tzw. „Wiener Kreis”, szkołę filozofów wiedeńskich65.