Zaznaczamy mimochodem, że pan ten jest schizoidem hiperestetycznym (nadczułek) z lekką komponentą cyklotymiczną. Zaznaczamy jeszcze fakt pozornie nic nieznaczący z wczesnego dzieciństwa owego pana. Oto podczas lekcji francuskiego, gdy miał lat siedem, został, jak to mówią, „czynnie znieważony” przez przystojną nauczycielkę, pannę Eufrozynę, której bardzo jakimiś figlami (np. komponowaniem słów bez sensu) dokuczył. Panna Eufrozyna dała mu lekko w mordkę. A on zamiast jej to oddać skurczył się w sobie z bólu nie tyle fizycznego, co moralnego, poczerwieniał jak piwonia, łzy zdławione nie trysnęły z odpowiednich gruczołów (łzowych) i mało nie pękł z wściekłego wzruszenia, które nie było jednak czystą złością — to jest najważniejsze. Przecie owa panna Eufrozyna to była już jego druga dziecinna miłość. (Łączyła się z jakimś potajemnie przeczytanym nieprzyzwoitym wierszem o „złotym cielcu”, była tą, której nogi chciałby obejrzeć, tak jak oglądał je u dziewcząt wiejskich, niekrępujących się tak bardzo obnażania od dołu, ale nie takich jak Eufrozyna tajemniczych.) Otóż snardz ów nie oddał ciosu i po chwili tłumaczył już jakiś kawałek z polskiego na francuski, dusząc w sobie kłąb nierozplątanych myśli i uczuć, łykając z trudem przez zaciśniętą grdykę olbrzymie pakiety wzgardy dla samego siebie. Fakt ten został po roku gruntownie zapomniany. Pozornie śladu pamięci o nim w świadomości p. X nie było. A jednak w istocie trwał w nim, jak go Freud nazywa, utajony uraz psychiczny i wszystkie podobne do poprzedniego fakty wtłaczały się już jakby w pewną koleinę, odegrywując40 tamtą, dawno zapomnianą, zahamowaną reakcję. Fakt [ten] wyznaczał stosunek p. X do najróżniejszych spraw życiowych i wiele razy już cierpiał ów X bardzo z powodu pewnej „niezdolności czynu” w chwilach odpowiednich. (A może był tu też wrodzony masochizm fizyczny, połączony z sadyzmem psychicznym?) Tu nie palnął w mordę snardza, który mu coś przykrego powiedział, tam nie zbił jakiejś damy, która go bezczelnie zdradziła, tam okazał słabość wobec puszącego się nad nim przyjaciela, który go po prostu na dudka wystrychnął itp., itp. W ogóle wszędzie, gdzie p. X był skrzywdzony, zawsze reakcja jego była zahamowana i nie dochodziło nigdy do takiej siły wybuchu, jaka właśnie w danym wypadku mogła być wymagana: czyli zakręcone węzłowisko nie mogło się rozkręcić i rozpętać w reakcję dającą pełne zadowolenie spełnienia kompletnego, autentycznego czynu. Aż wreszcie przyszedł czas, że napięcie uczuć wzrosło do odpowiedniego stopnia, ale wyzwolona reakcja jako proporcjonalna odpowiedź na podnietę nie udała się: niby kompleks w pewien sposób sam się rozwiązał, ale nie w takim stopniu, jaki dla zdrowia duszy byłby konieczny, a przy tym w ogóle nie było pacjentowi uświadomione, dlaczego on właśnie tak, a nie inaczej na wszystkie tego samego rodzaju podniety reagował. (Oczywiście dla wytworzenia się pewnego typu kompleksów potrzebne są podłoża o pewnym charakterze — i tu wracamy znów do Kretschmera: inne będą oczywiście kompleksy leptosomów, a inne pykników.)

A więc „nasz”, jak to mówią, pan X wchodzi do narzeczonej i zaczyna z nią mówić ściśle według programu. Ale już po paru minutach rozmowy on sam czuje (a ona widzi przed sobą nie dawnego narzeczonego, tylko całkiem obcego jej, a nawet wstrętnego snardza), że plan wymyka mu się z rąk jak nieużyteczna szmata, wydarta podmuchem jakiegoś piekielnego samumu wiejącego mu z samych trzewiów, jakby z gorących warstw zwierzęcego mięsa i z tajemniczych centrów gruczołów rozmieszczonych po całym organizmie. I rozpoczyna się dzika heca. Dawny kompleks (węzłowisko) działa. Wszystkie piękne postanowienia diabli biorą jedne po drugich; jest to niby tak zwana walka uczucia z rozumem czy na odwrót, ale w gruncie rzeczy jest tu coś więcej: są dwa uczucia i jeden rozum, będący wyrazem tylko tego uczucia świadomego, to drugie działa z ukrycia, skrytobójczo, ale z tym większą pewnością — zwycięża prawie zawsze. Pan X zaczyna robić łagodne początkowo wyrzuty. Ale postać narzeczonej zlewa mu się z zapomnianą od wieków nauczycielką: jej jako takiej nie ma, została niejako „czysta forma”, w którą zostaje zapchana owa nieszczęsna huzarska kokietka; następuje tak zwana pseudomorfoza, jak kiedy dany roztwór krystalizuje się w formie pozostałej po innym krysztale i przyjmuje jego formę. Kończy się na tym, że doprowadzony do szału X, odegrywując całe okropne upokorzenie doznane wtedy od biednej panny Eufrozyny, wali narzeczoną w zapłakaną mordkę i wyzywa ją od ostatnich słów, a wreszcie ucieka, zapominając u niej ulubioną laskę, bez której nigdy w życiu kroku nie zrobił; będzie mu ona potrzebna jako pretekst — nędzny, ale przecie — dla powrotu, bo w gruncie rzeczy on świadomie czuje, że postąpił jak ostatnia świnia i będzie musiał narzeczoną przeprosić, choćby bez nadziei nawiązania stosunków na nowo, a bez pretekstu może nie mieć siły dla pokonania fałszywej ambicji — po prostu chce wrócić, a nie wie, jak to uczynić, i tu podświadomość go wyręcza.

Oczywiście każąc „podświadomości” działać jak odrębnej postaci, wyrażamy się skrótowo — zastępczo, jak mówi Tadeusz Kotarbiński41, nie robiąc zresztą żadnej hipostazy. Tak samo mówimy o miłości, inteligencji, intuicji itp., nie myśląc o jakichś tzw. „władzach” umysłu czy jaźni całej, tylko wyodrębniając z całości osobowości pewne jej względnie samodzielne (pozornie) momenty (części, które kompletnie niezależnie bez całości innych istnieć nie mogą); w ten sposób ułatwiamy sobie opis niesłychanie zawiłego gąszczu psychiki naszej, gdzie uczuciowość, czucia cielesne jako takie (do których po części uczuciowa strona jest sprowadzalna), pojęciowość, pamięć i wyobraźnia (do których to ostatnich „gry” pojęciowość jest bez reszty sprowadzalna) tworzą pozornie niedający się rozplątać chaos, w którym jakimś dziwnym trafem tylko zdaje się panować pewna stała względnie organizacja. Jeśli zawsze będziemy sobie uświadamiać skrótowość pewnych pojęć psychologii (choćby nawet pojęć fenomenologów: aktu, intencjonalności, ideacji itp.), możemy ich płodnie używać, nie popadając w fałszujące rzeczywistość hipostazy, tzn. uprzedmiotowienia ich, uosobienia, wynoszenia ich do rangi potęg, oddzielnych bytów, władz czy nawet nieomal bóstw jakichś, bliżej nieokreślonych. Pojęcie podświadomości trzeba trzymać na wodzy, podobnie jak pojęcie kompleksu: uważać trzeba, aby pojęcia te nie wyrwały się nam z rąk i nie zaczęły żyć samoistnym życiem, panując nad nami i naszą teorią w psychologii, stwarzając w jej obrębie swoistą metafizykę i mitologię. To grozi, według mnie, niektórym psychoanalitykom.

Według opisanego zdarzenia urojonego możemy sobie wyobrazić łatwo działanie węzłowisk duchowych w każdym poszczególnym wypadku. Każdy przykry fakt: doznana krzywda, obelga, upokorzenie, zawód, zostaje możliwie prędko jako taki zapomniany. Ale jego skutki pozostają, stwarzając całe szeregi specyficznych reakcji wokół „otorbionego” (jak echinokok42 w swej wapiennej powłoczce) faktu pierwotnego, źle lub wcale nieodreagowanego. (Kompleksom tego rodzaju łatwiej podlegać muszą typy schizoidalne, o zahamowanych w ogóle reakcjach, niż łatwo się wyładowujący cyklotymicy.) I tak wlecze się ten utajony byt węzłowiska czasem życie całe, póki przypadkiem nie natrafi na swe ostateczne wyładowanie. Przeważnie jednak nie następuje to nigdy i człowiek do końca często jest ofiarą nieznanych mu, niepoznawalnych w ogóle, utajonych potęg. Wiele ciężkich chorób psychicznych da się w ten sposób wytłumaczyć i wiele też — przez uświadomienie i przez to usunięcie węzłowiska (tzw. jego „rozwiązanie”) — wyleczyć. Chodzi tylko o to, aby umiejętnie zabierać się do rozbabrania czyjejś duszy, by zamiast usunięcia zatruwającego psychicznego ropienia nie nabawić pacjenta nowych ognisk nienormalności przez zasugestionowanie mu rzeczy, o których mu się nigdy nie śniło — tu w dosłownym freudowskim znaczeniu, bo według jego teorii sen jest, poza różnymi pozornie dowolnymi, przypadkowymi omyłkami, przemówieniami się i tzw. „umyślnymi przypadkami” itp., tym zjawiskiem, w którym podświadomość, uwolniona z oków43 dziennej trzeźwości, zaczyna objawiać się pod postacią symbolicznych, pozornie nic z utajoną ich treścią niemających związku, obrazów, zdarzeń i przeżyć.

Nie będę tu streszczał obszernie rzeczy, które każdy znajdzie w książce Freuda w tłumaczeniu polskim pt. Wstęp do psychoanalizy (wydawnictwo Przeworskiego)44, wyjaśnię tylko, o co chodzi, na paru przykładach.

Po kilku dniach przerwy w pisaniu widzę, że wymyślenie dobrego przykładu na przemówienie się45 jest wprost niemożliwe: dowód to jeszcze jeden na korzyść teorii Freuda: przykłady takie mogą powstać jako rzeczywistości, a nie fikcje, stworzone muszą być przez prawdziwe „węzłowiskowe natchnienie” — wymyślić ich nie sposób. Mogę tylko, w braku chwilowym wspomnień osobistych (każdy z nas miał z pewnością dziesiątki tego rodzaju zdarzeń, tylko ich nie pamięta), zacytować przykłady freudowskie:

1. Morderca, który zabijał przy pomocy bakterii, zamiast napisać „przy moich doświadczeniach na świnkach morskich” napisał mimo woli „na ludziach” i tym się zdradził; 2. jakiś pan mając mowę i chcąc powiedzieć: „es kamm zum Vorschein” (wyszło na jaw), powiedział: „zum Vorschwein” (Schwein — świnia), ponieważ chciał ukryć, że przy sposobności wyszły na jaw jakieś świństwa, a „stan podświadomy” mu na to nie pozwolił, demaskując ukryte myśli przez przemówienie się. [3.] Przykład na chęć ominięcia niewygodnej sytuacji: pewien snardz idąc zerwać z narzeczoną (co było dlań bardzo przykrym) nie wiadomo czemu poszedł przez las, a nie, jak zwykle, drogą, wlazł w gąszcz i rozerwał sobie tak pończochy, że musiał wrócić do domu — wskutek czego odłożył przynajmniej przykrą sprawę „do jutra”.

Co do marzeń sennych, musimy stwierdzić, że przy powierzchownym nawet badaniu wykazują one pewną stałą symbolikę, której stałość i prawidłowość nie jest żadnym cudem, a polega po prostu na podobieństwie ludzi między sobą, a przede wszystkim na podobnych u nich zasadniczych sferach uczuć. Nie dziwimy się, że ludzie mają dwoje oczu i po jednym nosie, a nawet, że mają prawie te same uczucia i kompleksy myślowe, ale z chwilą kiedy kilku osobnikom, pod postacią panującego, profesora, księdza czy przełożonego lub pryncypała, śni się ojciec, to wydaje się nam czymś dzikim i naciągniętym. Tymczasem posiadanie ojca, specyficzne dla niego uczucia i specyficzne kompleksy czy węzłowiska, których te uczucia są powodem, są tak samo prawie wspólne wszystkim ludziom, jak para oczu i uszu lub uczucia erotyczne czy religijne. Wiele rzeczy, które w psychoanalizie rażą nas jako wynaturzone, wmówione, zasugestionowane, okazuje się zupełnie naturalnymi konsekwencjami wspólności struktur psychicznych, zupełnie analogicznymi do podobieństw konstrukcji cielesnych. Tak więc w snach przeżywamy wszystkie utajone w normalnej świadomości uczucia, kompensujemy je i uzupełniamy, jako też odegrywamy46 siebie w stosunku do stłumień, które nam narzuciło i narzuca życie rodzinne i społeczne i w ogóle stosunek nasz do całości gatunku.

Obok węzłowisk erotycznych i rodzinnych najważniejszym jest opracowany przez Freuda, a także przez ucznia jego Adlera47, kompleks niższości (Minderwertigkeitsgefuhlkomplex, inferiority complex), który będzie tu specjalnym tematem naszych rozważań48.

B. Kompleks (węzłowisko) niższości