W instytucji jedynej w swoim rodzaju demokracji szlacheckiej mamy główne źródło tej naszej wady narodowej, na którą w wymiarach pychy rodowej pierwszy explicite w naszych czasach zwrócił uwagę Boy, tj. tzw. przeze mnie puszenia się. Każdy Polak, na tle charakteru struktury (pseudo) swego społeczeństwa, powoli skonsolidowanej w ciągu historii, musiał się napuszać na większą wartość i potęgę niż ta, którą istotnie posiadał.
Zasada, że każdy szlachcic mógł zostać królem, pogłębiająca różnicę między szlachtą a nieszlachtą (czy gdzie trzeci stan lub chłopi byli traktowani z podobną pogardą jak u nas?), była przyczyną przede wszystkim napuszania się do pęknięcia nieomal wielkich panów. Bo mało było prawdopodobieństwa, żeby królem został np. pan Piegłasiewicz, ale że mógł nim przy pewnym napuszeniu się i zwerbowaniu odpowiedniej ilości zwolenników zostać jakiś Lubomirski czy Radziwiłł, to było zupełnie naturalne.
W ten sposób każdy magnat napuszał się faktycznie już, a nie tylko teoretycznie, na możliwego króla i uważał się w gruncie rzeczy za pokrzywdzonego, jeśli nim nie był. W każdym razie, nawet przy braku świadomego dążenia do władzy królewskiej, taki był zasadniczy podkład podświadomy jego psychiki — stąd też (chyba) nazwa „królewięta”. Pycha i chęć wyniesienia się ponad drugich były dominującymi uczuciami każdego panka i co gorzej, półpanka, a ponieważ nikt nie mógł zadowolić swych ambicji, więc biedne arystony nadymały się sztucznie do pełna ze swymi pożądaniami, sztukując wzrost (w znaczeniu przenośnym), „obcasami” i „czapami z piór”. Stąd każdy Polak ma tendencje do wspinania się choćby na palcach, aby wydać się wyższym, i do tworzenia sobie tego, co nazywam „kołpakiem napuszenia”, sztucznej nadbudówki ponad siebie, pustej, a dekoracyjnej, mającej omamić drugich co do istotnej wartości głowy, która się pod tym kołpakiem kryje. Nie dokonywanie wielkich czynów w celu faktycznego wzniesienia się nad drugich przez „potlatsch”, przy pewnym zefasowaniu swej indywidualności w ramach państwowych i ścisłym zhierarchizowaniu wartości istotnej, stało się celem głównym, ale napuszenie się do rozmiarów pseudo-króla, królika w swoim powiecie czy województwie, odgrywanie wobec odpowiednio pomniejszonej widowni (pomniejszonej nie tylko ilościowo, ale jakościowo — to jest ważniejsze) roli absolutnie fikcyjnej zamiast rzeczywistej — w tym ostatnim wypadku nie na fikcyjnym wierzchołku, tylko na miejscu realnym, gdzieś trochę poniżej faktycznego szczytu władzy. Oczywiście hierarchia była, ale piramida zamiast piętrzyć się twardo prostymi liniami „wybrzuszała się”97, niebezpiecznie się deformowała i galareciała, stawała się koloidalną, aż wreszcie zmieniła się w bezkształtną kupę na wpół płynnych ekskrementaliów za Sasów i Poniatowskiego.
Mimo istnienia wysiłków wyjścia z tej ohydy u pewnych jednostek wskutek chronicznego upadku ogółu i połowiczności nawet wielkich względnie ludzi, nie nastąpiła żadna poprawa radykalna. Gdyby uwolniono chłopów i gdyby gilotynka porządnie sobie parę lat u nas popracowała, inaczej by wyglądała Polska, a nawet pośrednio i Rosja wieku XIX.
Ha, trudno — za późno trochę nad tym biadkać.
Mimo zarzutu, który można zrobić Piłsudskiemu, że nie zużył kolosalnych złogów swej siły i autorytetu moralnego, które zdobył, był to jedyny naprawdę wielki człowiek od XVI wieku w Polsce. Gdy inni spali w tchórzliwym wygodnictwie, on jeden dokonał czynu w samotności nieomal zupełnej, otoczony garstką przypadkowych współpracowników, których dane intelektualne mogły nie dorównywać w pewnych wypadkach natężeniu siły, odwagi, ofiarności i charakterowi. Ale i on nie mógł stworzyć tak wielkich rzeczy, do jakich był powołany. Obawiał się rozprężenia w razie daleko idących przekształceń społecznych, które by go zbliżyły do pierwszego okresu działalności, a po drugie, nie zawsze może umiał dobierać odpowiednich pod względem umysłowej struktury współpracowników. Tę trudną do zdobycia, w braku instynktu, właściwość posiadał np. Napoleon, który nawet skończonych wrogów swych: Talleyranda98 i Fouchégo99, umiał do ostatnich niemal chwil dla swoich celów wyzyskać. Ale Napoleon rósł w wielkość w miarę ciężarów, które brał na siebie. Dźwiganie Francji i świata całego na spiętrzeniach jego myśli wydźwigiwały znów myśl tę coraz wyżej, a siłę dawała mu także przeszła burza rewolucji, której musiał się stać wszechświatowym rozprzestrzenicielem: musiał — inaczej by zginął zaraz na początku swej kariery100. Polska nie miała takiej tradycji albo też ją zagubiła: prócz zyskania własnej swobody nie mogła nic dać światu. I Piłsudski, nad którego głową już zaczynało chwilami ukazywać się blade widmo piórami zdobnego kołpaka, przez dziwną ascezę w stosunku do wielkości chwili (bo chwila obecna jest od Rewolucji Francuskiej jedną z największych w historii naszej gałki) nie wziął na siebie całkowitego brzemienia odpowiedzialności i zamiast być całkowicie sobą pozwolił na swobodną grę sił obok swojej niezupełnie ucieleśnionej woli101. A Polska z niedoszłej czy też raczej zdeformowanej męczennicy stała się zwykłym państwem obecnej chwili. (Niezwykłym czymś, wszystko jedno, jak to będziemy interpretować, jest dziś w świecie tylko Rosja.) Cylindry, przyjęcia, ordery, posunięcia, posunięcia i posunięcia — ale idei kierowniczej nie ma i przy tym składzie i rozkładzie sił działających być nawet nie może. Idei nie można szukać i sztucznie jej wytwarzać: ona musi być w masie narodu i trzeba ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych najgłębszych bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym stworzyć.
Ale wróćmy znów do dawnych czasów. Kiedy mówiłem o moich historycznych „teoriach” Karolowi Konińskiemu102, powiedział mi, że jakkolwiek też nie jest sympatykiem demokracji szlacheckiej, to jednak zdaje mu się, że ilość potworna szlacheckiego mrowia przez natężenie i skumulowanie ambicji indywidualnej dała tyle godności całemu narodowi, że pomógł mu ten stan rzeczy do godnego wytrzymania niewoli, a nawet do wybrnięcia z niej. Może tak i jest, ale wobec tego, że w razie wytworzenia się innej struktury w poprzednich okresach upadku mogło wcale nie być, słabe to byłoby dla mnie pocieszenie.
O ile tak się czuli magnaci, jak to starałem się przedstawić, to bardzo podobnie musiała się czuć reszta deformującej się piramidy, tylko w różnych proporcjach, zależnie od oddalenia od podstawy. Sama podstawa — chłopi, tzw. „czerń”, nie istnieli nieomal zupełnie. Była to kompletnie inertna, martwa masa, pozbawiona wszelkiej struktury i jakichkolwiek zorganizowanych dążeń, zagnębiona zupełnie niewolą u szerepetków, szlachciurów, półpanków (typ specyficznie polski) i panów prawdziwych.
Otóż wskutek takiego nastawienia warstw najwyższych, ciągle niezadowolonych z niemożności wygrania swego, pożal się Boże, tzw. „indywidualizmu”, warstwy o szczebel niższe czuły się też nie na miejscu i oczywiście zamiast starać się zmienić to miejsce przez jakąś wybitną działalność nadymały się sztucznie do rangi królewiąt i „robiły”, tj. odstawiały, wielkich panów nie w swojej nawet klasie, a o klasę wyżej, tzn. za wysoko, nieproporcjonalnie do swego istotnego położenia i środków. Wieczne niezadowolenie i wieczne nadęcie ponad możność, i życie ponad stan fizyczne i poniekąd duchowe, jeśli chodzi o poczucie ważności i władzy, stało się zasadniczym rysem psychicznym każdego niemal Polaka. W ten sposób dobra materialne, które mogły być zużyte na istotne podniesienie wytwórczości i kultury, szły na wzmożenie tzw. „blichtru”, na rywalizację, na „potlatsche”, ale niedotyczące wartości istotnych, tylko pozorów. Wskutek tego bogactwa kraju marnowały się w sposób nietwórczy i niedający nic na przyszłość. A ludzie kapcanieli i deformowali się w tym nadymaniu się coraz gruntowniej; wytwarzała się ta ogólnoszlachecka („ślachcicka”) choroba, której symptomy skomplikowane można streścić w tym zdaniu: że pozory są ważniejsze niż rzeczywistość, że wobec braku dalekich perspektyw użycie i pozorna twórczość jest istotniejsza niż spełnianie trudnych czasem i niewdzięcznych zadań na daleki dystans, z myślą o drugich współczesnych i dalszych pokoleniach. A wszyscy pięli się chaotycznie w górę jedni przez drugich, wywyższając się w fikcyjnych wartościach pochodzenia, bogactwa zużywanego na nieproporcjonalne do istotnego stanu efekty zewnętrzne i urojonego znaczenia.
Gdzie indziej wszystko było zhierarchizowane; aby przejść o klasę wyżej, należało czegoś dokonać naprawdę, a nie napuszać się lub podlizać się komuś więcej jeszcze napuszonemu. Jak to już raz wspomniałem w książce o narkotykach à propos puszenia się u nas w wymiarach rodowo-heraldycznych, które jest tylko jedną formą puszenia się ogólnego, we Francji np. książę de St. Simon walczył całe życie, zdaje się, o to, aby mieć wyższy numerek książęcy od pana marszałka de Luxembourg. Ale wynik tej walki nie zależał od siły napuszenia się obu tych panów, tylko od faktycznych danych: dat, zasług przodków i koligacji (czyli czystości rasy), i dlatego tak trudną i żmudną było rzeczą stosunek ten ustanowić. Ale właśnie te rzeczy ustanawiano i dlatego piramida nie wybrzuszała się, a jak się raz wybrzuszyła, to tak porządnie, że ją diabli wzięli, bo te warstwy (trzeci stan przede wszystkim), które ją podkopały (tzn. ten czubek właśnie tuż ponad trzecim stanem), były same nasycone potęgą przez to rozpuszczanie się sił pierwszorzędnej jakości od góry piramidy i związaną z tym wysoką tresurą, a dalej przez olbrzymią kulturę umysłową, przez stałe wyrabianie charakterów w stałej walce o prawdziwe podniesienie swego poziomu: społecznego i wewnętrznego. W każdej chwili pod dostatkiem było wybitnych ludzi na odpowiednie stanowiska, kiedy tylko sytuacja dojrzała odpowiednio do zmian istotnych. A tego nie można powiedzieć o naszym kraju, który wszystkie siły swe, zdaje się, wydał na wytworzenie pseudowielkich indywidualności w wiekach poprzednich; panuje u nas straszliwy brak prawdziwie morowych, genialnych ludzi, tj. snardzów mających intuicję chwili i umiejących w tej odpowiedniej chwili kondensować odpowiednie układy sił. Ale to daje przede wszystkim posiadanie jakiejś idei, naprawdę przyszłościowej na daleki dystans, w którą się naprawdę wierzy, która jest po prostu warunkiem koniecznym życia danego indywiduum (do tego musi dojść odpowiednie natężenie intelektualne, na które u nas nie zwraca się nigdy dostatecznej uwagi), a której wcielenie jest warunkiem istotnego postępu całej ludzkości, a nie tylko danego narodu lub klasy kosztem innych. Skończyła się epoka kultur izolowanych, ziemia stała się organizmem, a każdy jej dwunogi mówiący mieszkaniec stał się przynajmniej potencjalnie równym co do możliwości jego sprawiedliwego zużytkowania dla dobra jego i ogółu jej obywateli. W każdym razie musimy wierzyć, że w najbliższej przyszłości to nastąpi.