Tak więc pewne właściwości wrodzone narodowi polskiemu, połączone z jego potęgującą się w swych charakterystycznych rysach strukturą szlachecko-demokratyczną, będącą do pewnego stopnia też ich funkcją, wytworzyły z Polaków naród ludzi niezadowolonych ze swego losu, tzw. z rosyjska „nieudaczników”, którzy jako jedyny ratunek przeciw niespełnionym ambicjom musieli widzieć w sztucznym napuszaniu się do nieosiągniętej realnie wielkości: pić, bić się i puszyć się do ostatecznych granic możliwości — to był jedyny ratunek na nieprzyjemny podświadomy podkład poczucia własnej małości103. Więc przede wszystkim alkohol, ten wielki pocieszyciel, o którym przeczytać można parę nieuprzejmych słów w książce mojej o narkotykach, do której Appendix nr II będzie umieszczony na końcu niniejszego dziełka104.

Alkohol bowiem ma właściwość chwilowego podnoszenia każdego najnędzniejszego nawet stworu o kilka pięter w hierarchii Istnień Poszczególnych, podnoszenia oczywiście urojonego, po którym upadek trzeba zalać jeszcze większą porcją, aby osiągnąć tę samą wysokość, co poprzednio. Niestety prawo nałogu jest takie, że coraz wyższe dawki powodują coraz większą glątwę (moje doskonałe słowo na katzenjammer, które nie chce się uparcie przyjąć wśród ogółu alkoholików) i upadek, i coraz większych dawek trzeba, aby się z niego na platformę optymizmu wywindować. Ale i to nie jest procederem o stosunkach stałych, ponieważ poziom dobrego samopoczucia osiągalny maksymalnymi dawkami poniżej tzw. „zachlania się na trupa” staje się z każdą chwilą coraz niższy — potem już bez względu na dawkę, która osiąga również swoją wartość graniczną. Mówiąc bardziej technicznie, choć niedokładnie z punktu widzenia fizykalnego porównania, tzw. „Randbedingungen” (warunki kresowe) całego pijackiego pola zwężają swój zakres, a dawka osiąga swoją maksymalną wartość graniczną (Grenzwert) i następuje po prostu „szlus” — snardz (facet) jest „gotów”.

Bicie się (wojny, podjazdowe walki, zajazdy i pojedynki) były też świetnym usprawiedliwieniem dla wewnętrznej nicości i dla braku ochoty na wszelką twórczą, względnie tylko konstruktywną pracę czy robotę.

I tak wytworzyło się tzw. „odwalanie zajęć” na „olaboga” czy „na łeb na szyję” lub „na dżibol pajs” i przeżywanie reszty czasu w atmosferze tymczasowości, w oczekiwaniu jakichś szczęśliwych zbiegów okoliczności, które wszystko na lepsze zmienić mogą. Tymczasowość i ten ohydny, specyficznie polsko-szlachecki „jakoś to będzizm” to są przywary, które trwają dziś w nie mniejszym natężeniu niż za czasów saskich, a kto wie, czy nawet w ostatnich latach (trzydziestych) nie potęgują się powoli. Tymczasowy nastrój zaczyna się już na pewnej wysokości, poniżej trochę tych szczytów, na których panuje jeszcze „względnie radosna twórczość”. Na tym polega piekielny charakter miasta Warszawy, co do którego istoty długi czas nie mogłem zdać sobie sprawy: pośpiech gorączkowy powierzchowności (nie wytężona szybkość autentyczna istotnej pracy), wszystko na „aby zbyć” (a nie istotnie dokonane), tymczasowość i załatwianie „po łebkach”, bo nie wiadomo, co będzie jutro.

Niepewność materialnego jutra, a ideowego pojutrza i co gorsze, popojutrza jest rozpowszechniona do pewnego stopnia na całym świecie: cały kłamliwy okres demokracji jest czymś tymczasowym, przelotnym. Ale te narody i grupy, a nawet indywidua będą miały głos w organizacji przyszłej lepszej ludzkości, które w tym okropnym okresie szybkiego i słabego pulsu zachowają: 1. maksimum długodystansowości, 2. wiary w trwałe wartości wysiłków kulturalnych, może doraźnie nic niedających wobec parszywego tempa całości, może na razie spełnianych bezinteresownie, w szerokim znaczeniu tego słowa, obejmującym nie tylko pieniądze, ale i tzw. „sławę” i 3. uporczywej wiary w jakieś, zatracone obecnie wśród ogólnego cynizmu, wyższe wartości organizacyjne i społecznie twórcze rodzaju ludzkiego. Bo to, co dziś się za twórczość społeczną uważa, to są przeważnie trociny, które zdmuchnie pierwszy zefirek zwiastujący wielki huragan przemian na wielką skalę, którego (mówiąc poetycznie) odległy szum i palący dech (jak przed uderzeniem wichru halnego) daje się nieomal słyszeć i odczuwać od strony mrocznej dali burzliwej przyszłości. Mam tu na myśli organizację gospodarczą całej kuli ziemskiej przy zgodnym współżyciu narodów bez zatraty ich indywidualności, organizację podobną do współżycia organów w organizmie.

Umieć nie być tymczasowym w atmosferze palącego się domu i zakładać w nim np. dzwonki elektryczne, polewając drugą ręką płomienie z małego kubeczka, wielką byłoby zaiste sztuką. A takim musi być trochę człowiek dzisiejszy, o ile chce wytrzymać napór przemian przyszłościowych, które mogą się rozpocząć lada chwila, o ile biała rasa ogłupiałych geniuszów nie zginie samobójczą śmiercią w nowej długotrwałej wojnie. Ale wtedy jest kolej na rasy żółte i czarne — cała możliwa wiara jest chyba w tym „szwarcgelbie”, bo na białych nie można mieć już wielkiej nadziei. Ludzkość będzie żyć, ale na kolorowo, i może biali ludzie będą jeździć w wagonach z napisami „white people” (jak to jest dziś z Murzynami w Ameryce, którzy jeżdżą w wagonach z napisem „coloured people”) w idealnie urządzonym czarno-żółtym Państwie (pracy) Całego Globu. Ale to są ostateczności. Może odezwie się zdrowy zwierzęcy instynkt gatunku i przemówi ponad przemądrzałymi, bezsilnymi, ucylindronionymi głowami mężów stanu i dyplomatów105, przemówi do niezdegenerowanych jeszcze mózgów, że czas już najwyższy, aby elita mózgów, o ile naprawdę jest, dokonała bezkrwawej transformacji bez utraty wysokości ogólnej i bez zniszczenia dotychczasowego dorobku kultury. Może pomoże ludzkości w tym samouświadomieniu eksperyment rosyjski, który — częściowo chociaż pouczający w związku z tym, że odbywa się w nienormalnych warunkach — powinien wiele dać do myślenia, ale dotychczas — i to jest ciekawe — nie daje.

Ale wróćmy po tych dygresjach i powierzchownym zbadaniu tła węzłowiska upośledzenia u nas do szczegółowej analizy codziennych jego przejawów, zatruwających według mnie nieznacznie całość kulturalnego życia naszego kraju.

Czy jest gdzie tylu nieudanych ludzi, co u nas? Pewien Francuz mówił: „Mais c’est inouї — mais alors tous les Polonais sont des gens détraqués?106 I jest to do pewnego stopnia prawdą. Każdy Polak jest nie na swoim miejscu, każde miejsce jest dla niego za niskie. I mogłoby tak być, o ile do zajmowania miejsc wyższych dążyłoby się przez rzetelną pracę, uczciwy wysiłek i wytwarzanie realnych wartości, a nie przez wydymanie swej pustki do rozmiarów fikcyjnej, urojonej rzeczywistości. Czy gdziekolwiek jest tylu ludzi niespełniających swych najprostszych obowiązków, co u nas? Każdy wie, że tylko realnym wysiłkiem może wydobyć się ze stanu, który wydaje mu się nieodpowiedni. Wyłamują się z tego prawa tylko oszuści, złodzieje, bandyci i zbrodniarze. U nas jest jeszcze jeden środek: napuszenie, który w gruncie rzeczy jest wprost zbrodniczy. Ktoś powiedział słusznie: „you can fool some people all the time, you can fool all the people some time, but you can’t never fool all the people all the time”. (Można nabierać pewnych ludzi cały czas, można nabierać wszystkich ludzi pewien czas, ale nigdy nie można nabierać wszystkich ludzi cały czas.) U nas żyje się tak, jakby to ostatnie właśnie było możliwe, i dlatego tak często są krachy wielkich pozornie osobistości, załamania wzorcowych okazów, szybkie wykańczania się ludzi zdolnych i inteligentnych: brak im oceny własnej i charakterów; „eine masslose Selbstüberschätzung107, jak pisze Kretschmer o niektórych schizoidach, cechuje wszystkich. Jest szalenie trudną rzeczą poznać samego siebie (tego zdania z kaligraficznych wzorków nikt z nas nie bierze na serio), a jeszcze trudniej jest, szczególnie schizoidom, poznać „kimi” są w danej grupie, w danym narodzie, a nade wszystko w danym czasie: do jakiej grupy należą — schodzącej w dół czy wstępującej, do ludzi przyszłości czy też do degeneratów dawnego porządku. Mimo wszelkich wysiłków i pozornych sukcesów ja np. zupełnie nie znałem siebie (i drugich), aż do przeczytania Kretschmera i istotnego dopiero na tym tle zrozumienia Freuda, do lat blisko czterdziestu pięciu, mimo że bawiłem się w psychologiczne analizy i rady, w pisanie powieści i rysowałem psychologiczne portrety często nawet jako takie właśnie udane.

Nie ma na świecie istoty bardziej zakłamanej na temat swego stanowiska i znaczenia w czasoprzestrzennym kontinuum świata jak przeciętny Polak. W ogóle zaznaczyć pragnę, że mówię tu zawsze o wielkich przeciętnych, a nie o poszczególnych indywiduach i ich wyczynach. Na wszystkie wywody te mogą mi zawsze odpowiedzieć optymiści „różniczkowi”: ale przecież był Kazimierz Wielki, Skarga, Chodkiewicz, Żółkiewski, Zamoyski, Kościuszko, Kołłątaj itp. i inni — cytuję pierwsze lepsze nazwiska z dawnej przeszłości ze strony „duchów jasnych”, z prawa. Owszem byli — i co z tego? Czyż nie zmieniło się wszystko w śmierdzące świństwo już za Sasów, by skończyć się za Poniatowskiego i trwać w istocie, choć w mniejszych natężeniach, mimo przebłysku dwóch powstań, legionów Piłsudskiego i jego twórczości aż do naszych czasów? Byli morowi108 ludzie, ale z powodu braku materiału nie mogli stworzyć tego, co byliby stworzyć mogli. I może połowa niespełnionych czynów Piłsudskiego ma tutaj źródło swe, bo dajcie Michałowi Aniołowi kadź jakiegoś półpłynnego niepachnącego materiału zamiast marmuru, a też posągu z tego nie zrobi. Chybaby musiał ten „materiał” „zamrozić”, a na to nie każdy ma siły i ochotę, no i dostateczny „mróz w kościach” — na to trzeba być już satrapą z krwi i kości, jakim Piłsudski, mimo czysto zewnętrznych pozorów, z powodu choćby swej socjalistycznej tradycji w istocie swej nigdy nie był. Na to trzeba by innego kalibru indywiduów, o innej wprost jakości. Nie wytworzyliśmy ich dotąd i „da Bóg” nie stworzymy, bo za nas w dookolnym świecie zrobią inne „ugrupowania” tę robotę i nasza pomoc będzie już wtedy zbyteczna. My będziemy wtedy ograniczać prawa karteli lub podwyższać o 5% bezpieczeństwo robotnika w hutach czy coś podobnego. Ale świat nas minie w swej drodze ku sprawiedliwości i u nas zrobią to wszystko za nas obcy przybysze ze Wschodu czy Zachodu. Wtedy już będzie to zupełnie obojętnym. Polska zawsze mogłaby odegrać dziejową rolę, ale zawsze się od tego wstrzymuje. Wstrzymała się też nawet w osobie ostatniego na razie wielkiego swego człowieka, Piłsudskiego. Może to instynkt niepozwalający brać na siebie zbyt ciężkich przeznaczeń, niedający lekkomyślnie „mierzyć sił na zamiary”. Ale bez tego ostatniego nic się prawdziwie wielkiego w historii świata niestety nie wydarza i wydarzać nie będzie. Czy zgadzamy się z ideami i obecnymi metodami komunizmu, czy nie, w tym jest też, musimy to przyznać, wielkość obecnej Rosji. Było to nastawienie na wielkość bezwzględnie i u nas, ale z powodów wyżej wymienionych nie było do ostatka dociągnięte.

Potworne ilości napuszonych kłamliwie w arystokratycznej demokracji osobników (pojęcie wręcz sprzeczne) nie mogły dać innego rezultatu jak ten, który nagle w końcu XVIII wieku ku przerażeniu swemu ujrzeli płascy optymiści, jak również i wyznawcy maksymy, że „Polska nierządem stoi”. To dziedzictwo przygniata nas dotąd i przygniatać będzie jeszcze, gdy inni za nas, nami samymi, historię przyszłej ludzkości tworzyć będą. I kto wie, czy to nie będą u nas właśnie, jako typowi niezadowoleńcy, Żydzi (w tej chwili zrobił mi się „żyd” na papierze, a gdy chciałem go rozmazać, utworzył się obraz jakby Żyda z profilu — uważam to za proroctwo), bo tak jakoś na razie to wygląda109. Ale nie bawmy się w przepowiednie — teraźniejszość jest dość zajmująca jako taka, zajmująca i potworna — bez względu nawet na to, co z niej wychynąć może. Chociaż ja głęboko wierzę, że kłamstwo musi się załamać i nastaną lepsze społecznie czasy za cenę jedynie sztuki i filozofii, no i trochę zniszczonej kultury (ha, trudno — za wszystko musi się płacić, i za doskonałość społeczną też), o ile współcześni wszechświatowi mężowie stanu nie zmądrzeją i nie zarządzą jakiejś dekretowej transformacji od góry. Bo ostatecznie po co są?110 A tak dalej być nie może. Czemu ci właśnie panowie uważają się za upoważnionych do tego, aby w ich osobach ludzkość miała popełniać zbiorowe samobójstwo przez ich krótkowzroczność, ich klasowy mężostański egoizm i po prostu chwilami, zdaje się, brak inteligencji. Bo chyba nie tylko jakieś dziwne zaczarowanie dawno miniętej przeszłości prowadzi myśli ich i plany ani nie zwykłe niedbalstwo i zaślepienie w chęci użycia śmierdzącego już ogonka uchodzącej w dal niepowrotną przeszłości. Tak źle nie jest. Ale obserwując to świadome staczanie się w otchłań, musi się przyjść do wniosku, że działają tu siły międzynarodowe, ponadludzkie, mimo że przez ludzi pozornie kierowane, które wymknęły się spod naszej kontroli i „hasają” po świecie bez istotnego celu, jak krowy na wiosnę. Są to siły międzynarodowego kapitału, co był kiedyś organem i stworzył naszą obecną kulturę, a zmienił się z biegiem czasu w złośliwego nowotwora.