Na tym zakończę ten pobieżny szkic tła, na którym wyrasta nasza zbiorowa psychologia nadętych na wielkość nierobów, z których masą jako materiałem społecznej twórczości nawet prawdziwi geniusze czynu nic poradzić sobie ani w przeszłości, ani obecnie nie mogli. Mam wrażenie, że kompleks ten da się rozwiązać przez uświadomienie go, i piszę to wszystko: 1. nie przez chęć samoopluwania się (bo sam dzięki zbiegowi okoliczności zapewne mam tej wady narodowej względnie mało — mam inne, nie przeczę, ale ta jest u mnie wraz z zawiścią i zazdrością dość wytłamszona) ani 2. zrobienia komuś niepotrzebnej przykrości (czego nie cierpię — robię tylko przykrości programowe w imię tzw. „celów wyższych”), ani 3. przez megalomanię (bo nie uważam się bynajmniej za żadną doskonałość), tylko po prostu chcę raz zrobić coś dla drugich (poza książką o narkotykach) i przyczynić się, choćby minimalnie, do lekkiego choćby odmienienia ogólnej atmosfery naszego kraju, która jest już przykra dla ludzi mogących się od zbiorowego życia wyizolować, a dla pewnych osobników do tego życia społecznego zmuszonych może być wprost nie do zniesienia, nie mówiąc już o atmosferach w poszczególnych przestrzeniach i zakamarach współbytu kulturalnego. Działalność moja w kwestii choćby krytyki literackiej, filozoficznego i ogólnego wykształcenia literatów i rzeczowych dyskusji spaliła, jak to mówią, na panewce zupełnie. Może ta książka, która mi ani sympatii ogółu, ani popularności (za którą nigdy zresztą nie goniłem, uważając, że jest to nagminną wadą literatów polskich wojennych i powojennych) nie przyniesie na pewno, przyczyni się do tego, że każdy jej uczciwy (a jak mało naprawdę intelektualnie uczciwych ludzi jest u nas!) czytelnik zrobi sobie mały rachunek sumienia i zastanowi się na chwilę, w wolnej właśnie chwili od kart, radia, dancingu i kina (no i pracy zawodowej oczywiście) — kim jest, czym jest jego otoczenie, w jakich czasach żyje i co on ma właśnie przed sobą do zrobienia. To już będzie wiele. Mam wrażenie, że w innych krajach ludzie myślą na te tematy i nie marnują się tam przez to tak kolosalne ilości energii indywidualnej i społecznej na próżno.

Nie będę tu gadał wielkich słów (mam wstręt do tego — od tego są obchody), nie będę bił się w piersi i wyrywał pękami włosów, skąd się da (od tego są inni). Ale mam wrażenie, że ludzie u nas są tak zblazowani na frazes, że raczej może przemówić do nich ciche poufne gadanie niż ryk jakiegoś nawet genialnego frazesmana z odpowiednio przystrojonej estrady. Nie chcę też poruszać tu tzw. wielkich zagadnień — też nie jestem od nich, poza jedną może filozofią, specjalistą. Co innego w powieści — tam mogę sobie użyć w świecie ordynarnej fikcji, choćby nie wiadomo jak do rzeczywistości zbliżonej. Takie pisanie, jak to, to jest właśnie sama rzeczywistość i miara musi być w nim zachowana większa niż w najbardziej życiowym czy społecznym romansie, który też musi być uczciwą robotą, a nie bezczelnym podlizywaniem się najgorszej publice za parę groszy, co się u nas coraz namiętniej i nagminniej robi111. Zagwazdranie ogólne, fazdrygulstwo (fastrygowanie połączone z bałagulstwem) i gnypalstwo (grzebanie palcem w tym, czego traktowanie wymaga precyzyjnych instrumentów) doszło u nas do takich szczytów, że już łagodnie mówić i pisać o tym nie można.

Trzeba zacząć walić w mordy, myć niechlujne pyski i głowy, i trząść, i łbami zafajdanymi walić o jakieś chlewne ściany z całych sił, bo naprawdę, jak przyjdą wypadki przerastające naszą epokę obecną — łatwych tryumfów w Lidze Narodów czy czymś podobnym — to mogą zastać już nie naród, a kupę płynnej zgnilizny: „vermine de l’Europe112, jak nazywał swych ziomków pewien polski dyplomata.

Przejdę teraz nagle od zupełnych ogólników do całego szeregu drobnych zagadnień poszczególnych codziennego dnia w tym przekonaniu, że ten codzienny dzień, często niezauważony jako taki, nierozpoznany w swym charakterze, jest w stanie zatruć skumulowanym, scałkowanym działaniem swych różniczkowych wartości wielkie momenty dziejowe i uniemożliwić wyzyskanie wszystkich sił, gdy nareszcie w odpowiednim czasie wielka chwila nadejdzie. To samo tyczy się narodów, jak i poszczególnych osobników. Ważne chwile rozwojowo-zwrotne nie zdarzają się co dzień, podobnie jak chwile natchnienia113 w dowolnej sferze działalności ludzkiej: od społecznej aż do artystycznej. Cała sztuka polega na ujęciu ich w kluby, na maksymalnym, racjonalnym zużyciu wybuchowych materiałów, które każdy z nas ma w sobie: pyroksylina na wolnym powietrzu spala się spokojnie — w odpowiednim zamknięciu nabiera potwornej siły prężności. Charakter życia w Polsce jest przeciwny skupieniu wielkich zasobów sił i wydawaniu ich we właściwy sposób w odpowiednim natężeniu, raczej, i to na tle źle rozegranego kompleksu niższości (węzłowiska upośledzenia), prowadzi do powolnego rozładowania ich w drobnych utarczkach codzienności, w zażeraniu się marnym, choć wzajemnym, poszczególnych snardzów o jakiś ochłap, bez wytworzenia silnych potencjałów. Życie nasze jest bezforemne i rozproszkowane wskutek tego, że każdy nie spełnia drobnych obowiązków wobec siebie i innych, uważając się za postawionego na miejscu nieodpowiednim, oczywiście zbyt niskim, i pokrzywdzonego przez los. A ponieważ brak mu istotnych właściwości do faktycznego wzniesienia się ponad siebie, więc musi się z konieczności nadymać i puszyć niepomiernie. Nie mówię tu o faktycznie pokrzywdzonych przez bandę wyzyskiwaczy nieszczęśnikach ani o ludziach rzeczywiście zepchniętych poniżej ich zdolności i możliwości. Polska jest krajem niewyzyskanych zdolności — to jest inna sprawa, ale to, na tle zresztą tych samych właściwości duchowych, stosuje się tylko do wyjątków: całe tabuny ludzi, którzy mogliby podnieść faktycznie kulturę kraju, muszą zarabiać w nieistotny sposób na życie, aby resztkami sił, na marginesie swojej egzystencji, tworzyć rzeczy najważniejsze dla nich i dla innych — czego to ostatniego zwykle we właściwym czasie się nie dostrzega. Ale ogół składa się przeważnie z nadętych pyszałków, lepszych do wszystkiego, tylko nie do tego, czym są i być powinni. Dlatego poza wyjątkową (chyba Ameryka przewyższa nas pod tym względem) obojętnością na niedolę drugich odznaczają się Polacy wprost mistrzostwem we wzajemnym i niczym nie uzasadnionym okazywaniu pogardy — mówię: okazywaniu, gdyż w 98% nie mają do niej żadnej przyczyny — ani w swej własnej wyższości (bo ta jest na ogół urojona), ani w niższości swego przeciwwzgardziciela, którego sztucznie się poniża (przeważnie w myślach swych), aby nim skutecznie pogardzać móc. Bo jedynym prawie i niezawodnym środkiem wywyższenia się w sposób nieistotny jest pogarda dla drugich. O tych rzeczach chcę teraz pomówić szczegółowo.

Atmosfera miast114

Zastanawiałem się dawniej wiele razy, na czym polega to, co nazywamy atmosferą danego miasta, a które czyni, że w jednym mieście — i to niezależnie od takich rzucających się w oczy czynników, jak: architektura, kompozycja miasta jako całości (w razie jego małości) lub części (w razie nieobejmowalnej łatwo wielkości), stopień natężenia ruchu i jego charakter, które wpływają na stosunek nasz do danego skupiska ludzkiego, ale dają się łatwo wyeliminować w sądzie o nim przez odpowiednią analizę i abstrakcję — czuję się fatalnie lub świetnie. Otóż te „imponderabilia”, których dawniej jako zamknięty w sobie (raczej w sztucznej jakiejś przezroczystej kulce arystokratyczno-artystycznego światopoglądu) leptosom-schizoid nie widziałem, ujrzałem nagle po przejściu pewnej granicy spykniczenia, którą osiągnąłem, poza naturalnym rozwojem w tym kierunku, przez radykalne przezwyciężenie używania tytoniu115. Nie widziałem zaś ich dlatego, że byłem, en ma qualite de schizoide116, odcięty zupełnie od ludzi i nie rozumiałem ich wysoce zróżnicowanych charakterów. Odkrycie to może wydać się wielu z moich czytelników-pykników banalnym — dla mnie było epokowym, jak wszystko w ogóle w czasie tej gwałtownej zmiany charakteru i usposobienia. Otóż tym, co stanowi o nieuchwytnej różnicy międzymiastowej, co nadaje tak silne, a tak mało uchwytne jakości wszystkim naszym przeżyciom w danej miejscowości, którą zwiedzamy, jest ogólny charakter stosunku wzajemnego ludzi w niej panujący. Jeśli długo gdzieś mieszkamy, zatracamy zupełnie zdolność reakcji na dany stan rzeczy: najlepiej obserwować zjawiska atmosfery moralnej przy zmianie miejsca połączonej z przeniesieniem w okolice nieznane.

Twierdzę, że zasadniczym stosunkiem Polaka do Polaka jest wzajemna pogarda, jeśli nie naturalna, to sztuczna, a to jest jeszcze gorzej. „Morga castillana” — piekielne podobno puszenie się i dźganie się o byle co kastylskich grandów i szlachciców, jest niczym wobec naszej „morgi”, ale raczej w ponurym znaczeniu paryskim. U nich było to zhierarchizowane, obiektywne, u nas nie: puszenie się jest zdezorganizowane przez nadrabianie miną, zapychanie pustek pakułami, wydymanie pustych pęcherzy aż do granic pęknięcia. Na ten temat z dużym wysiłkiem humoralnym skomponował poeta następujący czterowierszyk:

Hrabia de Bushy117

Bardzo się puszy,

Lecz on wie z czego,