Choć to nic mądrego.

Pisałem już o tym puszeniu się w wymiarach pseudoarystokratycznych w książce o narkotykach, dziełku ku szkodzie ogółu mało niestety czytanym118. Ta sama zasada rozszerzyć się da na wszystkie dziedziny. Doszedłem do przekonania, że w Polsce np. są cztery gatunki hrabiów: 1. ci, co mają tytuł i używają go; 2. ci, co mają tytuł i nie używają go (gatunek niezmiernie rzadki, ale sam znam takiego, który dla idei opuścił dom, rodzinę, tytułu nie używa i żyje w nędzy); 3. ci, co nie mają tytułu i używają go i 4. gatunek najdziwniejszy, iście polski: ci, co nie mają tytułu i nie używają go, a jednak, nie wiadomo jak, mimo to hrabiami; on sam, pytany, stanowczo temu zaprzeczy, skarci lokaja, który doń tak powie, i słusznie, a jednak hrabią jest — nie ma na to rady, jak na pluskwy. Ktoś (pewien znany pianista) radził mi, abym się według mojej teorii zaczął teraz dobrze puszyć, to może na siedemdziesiątą rocznicę urodzin dopuszę się do hrabiego. Ale nie wykonałem tego mając inne rzeczy do roboty, a po wtóre nie wiadomo, jak świat za dwadzieścia lat wyglądać będzie — może nawet w Polsce takie rzeczy stracą wreszcie wartość.

Otóż u nas każdy napusza się tak, aby móc na drugiego z pogardą patrzeć. Twierdzę, że u nas 85% ludzi, poza normalnym odżywianiem się, żyje, wprost tyje i puchnie z pogardy dla „bliźnich”. Jest to tak dalece potrzebne dla większości naszego społeczeństwa jak oddychanie. Nie karmieni pogardą dla innych ludzie tacy więdną, zamierają, flaczeją i gasną marnie. Powrócę do tego problemu w innych transformacjach dalej — na razie chodzi mi o ulicę. Przede wszystkim zawsze można zrobić zarzut taki komuś, który takie rzeczy, jak ja teraz, opowiada: „Masz manię prześladowczą połączoną z megalomanią i wszystko to ci się tylko zdaje. Ciągle jesteś zwrócony na siebie, przewrażliwiony, przedrażniony, o chorobliwej ambicji” itp., itd.

Jest to bardzo przykry i rozpowszechniony sposób odparowywania wszelkich takich zarzutów, szczególnie jeśli chodzi o oczyszczenie z elementów ohydy zakłamania stosunków przyjacielskich. Jest to jeden z pierwszych objawów oporu u osobników, których przy pomocy analizy ich węzłowisk chce się trochę wyważyć z ich zbyt dobrego o sobie mniemania i uniemożliwić im np. znęcanie się nad drugimi przez odgrywanie na nich swego kompleksu niższości i zatłamszonych, nienasyconych ambicji. Przyznaję, że ja, z moim charakterem i położeniem społecznym, specjalnie byłem narażony na tego rodzaju traktowanie. Ale przeciwnie niż by wydawać się mogło, z wiekiem, mimo wielu gorzkich doświadczeń, i to nieraz na ludziach, którzy mi się zdawali najlepszymi przyjaciółmi, wszelkie rozgoryczenie, które może w małym stopniu miałem w młodości, opuściło mnie zupełnie. Patrzę na najgorsze świństwa względnie pogodnie, albowiem pojąłem ich ukryte mechanizmy. I tam, gdzie w wielu wypadkach widziałbym perfidię, złą wolę, sadyzm czy też świadomą chęć upokorzenia — widzę tylko nieszczęsnego snardza, zdanego na pastwę swych bolesnych węzłowisk i popełniającego trzy czwarte swych drobnych, a nawet wielkich świństewek zupełnie podświadomie, tylko dla odegrania się jakimś cudem ze swoim kompleksem niższości, w przekonaniu, że jest najszlachetniejszym człowiekiem pod słońcem. I w gruncie rzeczy onże szlachetnym i jest w istocie swej, tylko niemytą duszyczkę ma, o czym zupełnie nie wie i żadnych środków ku jej umyciu nie ma i nie przedsiębierze.

Wracając do tematu: zauważyłem, że chodzenie po ulicach Warszawy wyczerpuje mnie w specjalny sposób. Wychodziłem z domu zdrów i rzeźwy, i względnie zadowolony z dokonanych czynów, szedłem tam, gdzie miałem ochotę i gdzie nic złego spotkać mnie nie mogło, a dochodziłem na miejsce jakiś skwaśniały, zniechęcony i pożółkły, jakby w stanie lekkiej glątwy czy depresji i fizycznego nawet osłabienia.

Jako właściciel wielkiej firmy gębowzorów, czyli będąc po prostu psychologicznym portrecistą, mam tę wadę, że gęba ludzka w niesamowity sposób mnie interesuje. Normalnie idąc po ulicy musiałem każdą twarz zarejestrować: wziąć ją w siebie, szybko strawić, „intuicyjnie” określić i wyrzygać; każdą — to przesada, ale co drugą, trzecią na pewno, a kraj nasz obfituje w ciężko zakłamane, interesująco zamaskowane i dziwne, skomplikowane i życiowo zmasakrowane mordy — to trzeba mu przyznać. Po kwadransie takiego pracowitego spaceru byłem gotów: uciekała ze mnie wszelka radość życia i beztroska, mordy zatruwały mnie mniej lub więcej wyraźnie wyrażoną pogardą. Patrzyłem też, jak inni się patrzą na innych — to samo: pogarda, cicha, zatłamszona i jadowita lub bezczelna, pyszałkowata, „jurna, butna, junacka, zawadiacka” (ładne wyrazy, co?) i plugawa — zawsze plugawa i śmierdząca. Przestałem patrzeć na twarze i — „o dziwo!” (jak mówił poeta!) — zmęczenie przeszło, beztroska i zadowolenie trwały na ulicy nawet bez przerwy i donosiłem tam, gdzie chciałem, moje dobre samopoczucie bez uszczerbku. Odkryłem tajemnicę miast: tzw. „mal ochio” nie jest blagą — ludzie męczą się i wysysają spojrzeniami, tak jak dodają sobie energii i otuchy119. To ostatnie czynią narody o zdrowym instynkcie solidarności: Anglicy, Francuzi, Niemcy, Rosjanie, Włosi, Syngalezi, Tamile i dzicy Australczycy i pewno inni, których nie znam — Polacy nie! — zasadniczo nie szanują się oni wzajemnie, bo nikt nigdy, przynajmniej z początku, nie wie, czy ma do czynienia z pustym, wygniłym w środku, napchanym pakułami „diabłem”, czy też z naprawdę „ludzkim” człowiekiem i dlatego też z góry sobą pogardzają, sycąc w ten nieszlachetny sposób poczucie swej własnej małości i nędzy, zamiast dokonać czegoś, co by mogło ich naprawdę wynieść ponad siebie i świat ukazać w nieznanej piękności. Brrr...

Lokale publiczne

To samo co na ulicy dzieje się też w lokalach publicznych, tylko w jeszcze bardziej intensywny sposób. O ile na ulicy ludzie śpieszą się, myślą o rzeczach aktualnych, dla których się śpieszą, są zatroskani i roztargnieni i tylko bokiem, że tak powiem, załatwiają wzajemne okazywanie pogardy, o tyle w lokalach — poza zabawą, która zaczyna się przeważnie po większych już dawkach alkoholu, paraliżującego, jak wiadomo, przeważnie nastawienie pogardliwe, a wyzwalającego, przynajmniej we wczesnych stadiach nałogowego zatrucia, pogodną i pobłażliwą megalomanię (u pederastów megalopedię) — okazywanie pogardy wchodzącym, wychodzącym, moszczącym się i już siedzącym staje się chorobą nagminną. Jest to niemal jedyna rozkosz lokalu poza wdychaniem ohydnych wyziewów tytoniowych (nie palę bezwzględnie trzy i pół roku120 — o tym później w appendiksie), słuchaniem rwącej nerwy na strzępy muzyki, tarciem się w tańcu i mówieniem bzdur, które na szczęście tłumi ogólny gwar i ryk ludzi i instrumentów, bo przecie o rozmowie tzw. dawniej „istotnej” (typ ten rozmów jest obecnie prawie na zaginięciu wobec ogólnego zgłupienia i spospolicenia, popieranego usilnie przez odpowiednią literaturę podlizywaczy wstrętnej klępy — publiki) nie może być w lokalu mowy. Za to puszenie się „odchodzi”, jak pięknie mówiono dawniej w Małopolsce, na całego. „Jak ty śmiesz, szuropadło jedne, siedzieć, gdzie ja się znajduję” — zdają się mówić oczy wszystkich. Ogólne patrzenie na siebie Polaków w miejscach publicznych przypomina bardzo dewizażowanie się wzajemne kobiet, szczególnie tej „lepszej” (elle est tres bien121) w stosunku do tej troszkę gorszej.

Nikt tak szybko (znowu) nie rozpozna i nie zanalizuje czyichś wad psychofizycznych, jak trochę brzydsza kobieta u tej trochę ładniejszej, wobec której jest speszona: lewe ramię niżej, krzywy obojczyk, nos w lewo, oko prawe opada, rysa koło ust, O-Beine122, paznokcie na każdym palcu inne, kolana za grube, szyja w fałdach, kostki za cienkie, podbicie za niskie, prawdopodobnie na małym palcu nagniotek — to jest w stanie powiedzieć kobieta o przeciętnej spostrzegawczości o swojej rywalce po piętnastosekundowej obserwacji w ruchu. Otóż podobnie, o ile mi się zdaje, starają się na gwałt odkryć wady „przeciwległe” dwaj Polacy, dążąc przede wszystkim do najszybszego zlekceważenia swego przygodnego vis-a-vis, interlokutora czy świeżego znajomego.

Znałem człowieka wyjątkowo inteligentnego, który przedstawiał typ nałogowego, zawodowego lekceważyciela; a ponieważ był odważnym (bił się kilkakrotnie w pojedynkach) i mocnym w pysku dialektykiem, więc nie ograniczał się do ironicznych spojrzeń, podśpiewywań, przytupywań i uśmiechów, tylko miażdżył wprost ludzi zupełnie. „Ilu żeś ich dziś zlekceważył, drogi Percy?” — pytaliśmy go z innym typem gnębiciela bliskich (na zimno, podstępnie, nieznacznie), trawestując Szekspira — tam było: „zabił”. „Tylko siedmiu — niech diabli wezmą takie bezczynne życie” — odpowiadał dosłownym zdaniem biednego Percy’ego, bo do tego znał na pamięć wszystkie podpisy w ilustrowanym wydaniu Szekspira ze wspaniałymi rysunkami de Seluze’a (kto tego nie zna, jest dla mnie po prostu kaleką). Oprócz spojrzeń i uśmiechów, i wydęcia całej postaci (co było najwyraźniej dla niektórych zlekceważycieli za mało) weszło ostatnio po wojnie w modę podśpiewywanie przy mijaniu na ulicy lub nawet w polu czy w lesie. Idzie taki pan zupełnie spokojnie; aliści na kilka kroków zaczyna śpiewać czy nucić przeważnie bezsensowną melodię, nuci cały czas mijając i jakie jeszcze dwa-trzy kroki za, potem nagle urywa. Trudno za taką rzecz bić z punktu w mordę, a jednak u wielu pozostaje pewien nieprzyjemny osad, o ile nie zdobędą się na szybką reakcję i nie zaryczą np. jakiejś arii na cały głos. To zwykle peszy bardzo subtelnego zlekceważyciela i z podkurczonym ogonem oddala się jak niepyszny. Ale jeśli przechodzień na śpiew ten nie zareaguje — zdradliwy śpiewak cudownie się zaraz po minięciu ofiary swej poczuje, jakoś mu raźniej się zaraz zrobi, świat się piękniejszy zda, kolacyjka i tzw. „kobietki” lepiej smakować będą i sen przyjdzie „niefrasobliwy”, czy jak tam jeszcze ohydniej wszystko to wyrazić można. Zlekceważył taki gość, nie wiadomo po co, Bogu ducha winnego bliźniego i w ten sposób wywyższył się przed sobą, i własna nicość nie gniecie go już tak parszywie w dołku jak przedtem.