Nie dość jest jednak znaleźć odpowiedni typ do nasycania wymienionych wyżej niezdrowych pożądań zlekceważania jakiejś żywej ludzkiej istoty (są takie prymitywy, którym wystarczają zwierzęta), trzeba go umieć, mimo systematycznych zlekceważeń, przy sobie na stałe zatrzymać. Bo cóż z tego, jeśli się kogoś raz machnie, a ten wypnie się na nas i odejdzie. Umiejętność tę nazwałem właśnie „hodowlą przyjemniaczków”. Są ludzie, którzy po prostu w tym celują. A sprawa nie jest łatwa, gdyż trzeba zaprowadzić jakąś szatańską miarę między przyciągającym pochlebstwem i zręcznie podpuszczaną trucizną, i to w takiej formie, aby poszkodowany musiał ją połknąć, nic nie mówiąc, nie stawiając problemu explicite (o czym mowa poniżej — jest to problem zupełnie specjalny), bo takie postawienie niszczy wszystkie wyniki hodowli i obezwładnia zlekceważyciela momentalnie. Dlatego „oni” (wyraźna mania prześladowcza) bardzo nie lubią eksplicitnych „rozmów istotnych” na ten temat.

Dozowanie jadów zlekceważenia jest główną sztuką hodowców. Mam wrażenie, że ja specjalnie nadawałem się do tych celów z moją naturą pykniczną w kierunku „bliźnich” i z moim niewyraźnym stanowiskiem jako malarza, pisarza czy filozofa. Dlatego poznałem dobrze ten mechanizm, do tego dołączyło się dziwne szczęście natrafiania przeważnie na typy wyrafinowanych hodowców. Chociaż twierdzę, że pewne typy budzą w większości ludzi ukryte nawet własności, bo przy moim obiektywizmie i absolutnym braku manii prześladowczej (qui s’excuse s’accuse127) trudno przypuścić, abym spotykał tylko typy wyraźnie sadystycznych zlekceważycieli i to zręcznych hodowców. Na tym kierunku pyknicznym w stosunku do ludzi, a następnie na iście leptosomicznej wrażliwości na złośliwość, chamstwo, brutalność i w ogóle świństwa wszelkiego rodzaju polegało to moje słynne już teraz zrywanie ciągle ze wszystkimi, o którym nie wahał się pisać w poważnym swym organie dowcipniś tej miary co Antoni Słonimski128. (Na tym miejscu oświadczam, że na skutek jego dowcipów właśnie, niezbyt pierwszej jakości, zrywam z nim stosunki definitywnie — 26 IV 1936.) Zlekceważyć tak sobie byle znów kogo to nie jest maksymalna frajda. Wyjść na rynek i okazać pogardę jakiejś przekupce czy woźnicy albo zgoła gówniarzowi nieszczęsnemu, co ekskrementy z miast nieskanalizowanych usuwa lub w kanałach pracuje129, to niewielka pociecha. Bo w świecie panuje niestety nierówność i hierarchia, która będzie przez odpowiednie zużytkowanie i poprawienie ogólnego bytu złagodzona, ale całkowicie usunięta nie będzie nigdy.

Otóż ja, ponieważ byłem kimś do pewnego stopnia znanym, a jednocześnie nieuznanym i posądzanym o czort wie co, o blagę, nabieranie na powagę wymyślnych, udanych teorii130, pisanie na farsę dramatów i powieści, plus jeszcze dzikie i niesamowite plotki, które się mojej osoby stale czepiały, nadawałem się specjalnie do tej roli, w którą dzięki naiwności i braniu ludzi takimi, jakimi mi się wydawali, zawsze po uszy właziłem, a następnie, zraniony jakimś już wyjątkowo chamskim wyczynem, zrywałem z „hodowcą” stosunki, co było często pozornie nieproporcjonalne do danego przewinienia, a wynikało z podsumowania w danej chwili całego szeregu poprzednich nieodreagowanych złośliwości i zlekceważeń. Trudność sytuacji polega na tym, że nie każdy może się zdobyć na rozmowę wyjaśniającą; na to trzeba mieć środki specjalne: przede wszystkim trzeba być dobrym dialektykiem, a następnie dobrym psychologiem, że tak powiem „detalicznym”; inaczej hodowca ośmieszy swą ofiarę w ten sposób, że przez ambicję będzie ona musiała się nadal poddawać jego wybrykom w milczeniu i zjadać jad w dowolnych dawkach, na tle właśnie wypadku nieudanego wyjaśnienia mechanizmu puszczonego w ruch przez dręczyciela.

Opisując jednak powyższy mechanizm szczegółowo, daję broń w rękę nawet tym moim kolegom-ofiarom, którzy sami nie posiadają dość środków pod ręką, aby wydać walkę zręcznemu dręczycielowi; bo w razie gdy jeden atak na hodowcę się nie uda, biada nieszczęsnemu przyjemniaczkowi: nigdy nie zdoła on się już podnieść z upadku.

Daję broń ofiarom, ale mogę uświadomić też danego hodowcę, który nie jest urodzonym, świadomym, zimnym drańciem na małą skalę i który tylko przez nieuświadomienie odgrywa w tak parszywy sposób swój nieszczęsny kompleks niższości zamiast zużyć tę energię na faktyczne podniesienie się w hierarchii myślących (IPN).

Weźmy jakiś przykład konkretny. Dla mego przyjaciela, wysokiego dygnitarza, np. jestem świetnym medium dla jego upośledzeniowych odgrywek. Nie pójdzie przecie do Boya czy Irzykowskiego, czy innego jakiego akademika i nie będzie się przed nim wypinał. To są wielkości uznane i szybko by takiego pana z jego złośliwościami zlikwidowały. „Przyjaźń” zaś ze mną daje mu specjalne prawa: tu może sobie pod tą pokrywką na wiele bezkarnie pozwolić. Zresztą człowiek taki (o ile człowiekiem go nazwać można) ma doskonałą intuicję, taką miarę dozwolonej nieprawości, jak biedny Bigda131 miał swoją „miarę czasu”. Nie powie czegoś takiego, wskutek czego przyjaciel jego (nawet przy tym kolosalnym koeficjencie, czyli po prostu współczynniku zrywalności, co ja np.) zerwać by stosunki się odważył. On powie coś takiego, czego owoce będzie sam w cichości smacznie pożywał, podczas gdy jego ofiara w bezsilnej złości skręcać się po cichu będzie, bo na wyzwolenie się z pajęczych sieci sił jej nie starczy. Będzie tak, o ile oczywiście ofiara ta kwestii explicite z całą ostrością nie postawi. Wtedy po chwilowym tryumfie132, o ile ofiara wytrzyma w ataku, w którym przewagę daje właśnie tortur-majstrowi explicitne postawienie kwestii, może zacząć być z nim źle. Tylko nie ustawać i dognębić do końca, a może, poza osobistym tryumfem, uratujemy uczciwego snardza od wielu pozornie małych, a jednak z punktu widzenia przyjaźni np. dość grubawych świństewek.

Muszę podać tu jeden choćby przykład konkretny, który starczy za tomy całe omawiających wyjaśnień. Jest to przykład nieomal klasyczny i dlatego mimo pewnych osobistych dla mnie niedokładności w nim zawartych muszę go tu detalicznie omówić. Nie uważam się bynajmniej za geniusza (jak to mi paru niepoczciwców starało się wmówić — tzn. nie genialność bynajmniej, tylko właśnie uważanie się za geniusza jako takie), ale znowu nie mogę zgodzić się z sądami różnych, niezbyt oczywiście dla mnie miarodajnych czynników, które chcą mnie zmieszać z błotem i odmówić wszelkiej wartości malarskiej, pisarskiej, scenicznej i filozoficznej. Jestem dość od siebie wymagający i mam wrażenie, że mój trzeźwy sąd (jestem przecie spsychoanalizowany dokładnie — to jest bardzo ważne) o sobie niewiele odbiega od rzeczywistości in plus, a w chwilach depresji in minus. Dowcipy i aluzje na temat megalomanii byłyby dowcipne w stosunku do kogoś, który by zdradzał tę wadę. Ów dygnitarz jest zaś znawcą dowcipu i czyjąś nawet lekką gafę ocenia natychmiastowo z dużą dozą słuszności. Jest przy tym jako życiowiec wyjątkowo sprawiedliwy i czuły na najdrobniejsze psychologiczne subtelności, mogące przynieść zmianę w ocenie czynu w kierunku dodatnim dla „oskarżonego”. Jest to człowiek notorycznie dobry i uczynny, czego nieraz na sobie doświadczyłem. Jest przy tym normalnie bardzo delikatny, nawet subtelny w obcowaniu z ludźmi. Czemuż niektórzy stanowią w stosunku do niego trwały (jak ja), inni zmienny wyjątek?

Ogólne moje twierdzenie jest: gdziekolwiek widzisz, że notorycznie dobry snardz okazał się okrutny, zimny, bezwzględny i nieuczynny, gdziekolwiek osoba zwykle delikatna (tj. taka, która „nie mówi o sznurze w domu powieszonego”) lapnie nagle jakąś obskurną brutalnostkę dla kogoś niezmiernie przykrą, jeśli ktoś poczciwy jak baran nagle wypuści z siebie śmierdzącą złośliwość itp., itp. wypadki bez liku, w których gość zaprzecza znienacka swemu istotnemu charakterowi, szukaj kompleksu, a przede wszystkim źle odegranego kompleksu niższości, czyli węzłowiska upośledzenia. W ten sposób da się wytłumaczyć mnóstwo odstępstw od charakteru, mnóstwo niespodzianek, wobec których często i dobrzy nawet psychologowie normalnego typu stają jako wobec nierozwiązalnych zagadek, a przez nowy pogląd na te sprawy mnóstwo sądów bezwzględnych o ludziach, nieporozumień, zadanych niepotrzebnie ran, zerwań, a nawet zbrodni (psychicznych i zwykłych fizycznych) może być łatwo usuniętych. (Chciałbym choć raz w życiu być „dobroczyńcą ludzkości” bezpośrednio i może mi się to uda, o ile myśl moja o groźności małych pozornie truciznek codziennego życia zostanie należycie zrozumiana, a prośby o wglądnięcie w zakamary własnych niemytych dusz wysłuchane133).

A więc „do dzieła”, jak mówiono dawniej — tylko z góry nie opierajcie i nie zauporzajcie się, o kotki me: wierzcie, że nie mam ani tzw. nadwrażliwości, ani manii prześladowczej, tylko jestem zwykłą (może nawet niezupełnie — dodaję to dla obiektywności), ale za to dość porządnie umytą duszą. Tym samym nie twierdzę, że jestem bez wad. Przeciwnie: mam wady zapewne nieuleczalne, ale widzę je dość jasno. Wściekłość mnie tylko porywa, jak widzę zupełnie porządnych ludzi zdanych na pastwę ich kompleksów, popełniających drobne, ale jadowite świństewka, na widok których, żeby mogli je zobaczyć, wzdrygaliby się i rzygali nawet ze wstydu i wstrętu.

Otóż nie ma nic gorszego, gorszego ośmieszenia i poniżenia dowolnego snardza, jak wskazanie przy pomocy aluzji przy osobach trzecich, że uważa się on za geniusza (lub w ogóle za coś dużo lepszego, niż jest), podczas gdy wiadomo przecie, że jest on takim a takim sobie bubkiem i koniec. I oto taki „przyjaciel”, który by mi nieba w normalnej świadomości przychylił, „łapie” w obecności mało mi znanej przystojnej i interesującej damy taką rzecz à propos rozmowy o moim ewentualnym i mało zresztą prawdopodobnym zaginięciu w górach: „I gazety napiszą, że zginął w tajemniczy sposób genialny Witkiewicz”. Przy tym oczy tortur-mistrza błyskają dzikim zadowoleniem, a szczęki rozsuwa bestialski, okrutny śmiech. I tak postępuje najlepszy w świecie człowiek, który — wiem o tym — ma nawet dla mnie w zwykłej świadomości pewne uznanie i szacunek. Kobieta uśmiecha się również zadowolona (w każdej kobiecie musi być sadystka — to stanowi urok ich i niebezpieczeństwo — musi, bo mają takie, a nie inne organy i środki działania, dane im na udrękę i rozkosz samców przez naturę) i obserwuje pilnie (jak i sam kat również), jakie objawy zachodzą na twarzy ofiary.