Przez moją twarz przechodzi cień głuchego bólu, wstydu i bezradności. Bo co tu robić w takiej sytuacji? 99,99% ludzi kurczy się w takich razach w sobie i poprzysięga zemstę przy innej sposobności. Dajmy na to, ja mógłbym doczekać np., kiedy rzeczony dygnitarz (który miał kiedyś lekkie aspiracje muzyczne) będzie jechał na urlop do Rymanowa, i powiedzieć od niechcenia: „I oto w «Rymanowskim Gońcu Zdrojowym» (czy czymś takim) pojawi się notatka, że wielki muzyk zawitał do skromnego zdrojowiska”. Byłoby to świństwo pierwszej klasy, bo wiem o muzycznych dążeniach dygnitarza i wiem równie dobrze, że mimo całej sprawiedliwości, sumienności, dobroci i uczoności w ekonomii wielkim człowiekiem nie jest, nawet w swym własnym zawodzie (a nie tylko in potentia134 w opuszczonej dla wyższej kariery czy też przez intuicję swych miernych zdolności muzyce), nie mówiąc o jakichkolwiek innych sferach działalności ludzkiej.
Po chwili milczenia (w której tłamszę obrazę i żal — tamci liczą, że na takie rzeczy nie ma odpowiedzi, bo odpowiedź wkopuje tylko zaatakowanego jeszcze gorzej, dając dowód, jak się ofiara ciosem tym przejęła — delikwent musi pożreć wszystko na oczach otoczenia, które napawa się jego upokorzeniem i „niewiedzeniem-co-począć”135) z trudem podnoszę się do walki eksplicitnej z nieznośnym stanem rzeczy: czyn, który spełniam z całą świadomością olbrzymich środków psychologicznych i życiowej znajomości tzw. „natury ludzkiej” (przeważnie jest to dobrze zaklajstrowane świństwo — to, co nim nie jest, nie należy jakby do tego gatunku, jest jakimś irracjonalnym wyjątkiem, bo niezmiernie cienka jest warstewka lakieru, którym pokryte jest niby uspołecznione bydlę ludzkie — banały, ale trzeba o tym wspomnieć), jest objawem niezmiernie rzadkim: olbrzymio większa część ludzi poddaje się w wypadku takim bezwładnie, maskując w jakikolwiek sposób rzeczywisty stan uczuć i licząc na odegranie się w przyszłości.
Mówię:
— Czyż nie czujesz, Gustawie, że mówisz teraz rzecz przykrą, niesmaczną, niedowcipną, tylko aby mnie nie wiadomo po co poniżyć i fałszywie przedstawić wobec panny Ludwiki i mieć nade mną wątpliwej wartości przewagę. — (Brwi kobiety skaczą do góry ze zdziwienia — wygląda, jak zwykle zdziwiona samica, wspaniale.)
GUSTAW (Twarz powleka mu bladokrwawy cień zniecierpliwienia, a nawet lekkiej złości, która potem umiejętnie zostaje przetransformowana na żal jakiś, oburzenie przyjaciela na niesprawiedliwość, głębokie zranienie najpiękniejszych uczuć.) — Ależ Stasiu, wstydziłbyś się z takiego głupstwa robić kwestię. Przecież powiedziałem to ot tak sobie.
JA — Nie, kotku, nie ot tak sobie, tylko chciałeś odegrać twój kompleks niższości. Ja specjalnie nadaję się do takich rzeczy...
GUSTAW (Już tryumfuje: ofiara wpadła w wilczy dół — można ją przytłamsić jeszcze więcej. Kobieta oblizuje się z zadowolenia wywołanego świadomością asystowania przy walce dwóch bezrozumnych samców. [Gustaw] mówi, stukając się palcem w czoło.) — Stasiu, Stasiu — źle jest z tobą: wyraźna mania persecutionis acuta136. Już parę osób mówiło mi o tym. Z tobą trzeba ciągle uważać...
JA (Z goryczą) — Tak: ty uważasz. Ty naumyślnie robisz takie kawały, a potem mówisz o specjalnej uwadze...
GUSTAW (Już cały rozpłynięty w rozkoszy wyższości.) — Musisz się leczyć. Znałem podobny wypadek. Dziś siedzi już w Tworkach. Naprawdę jest z tobą źle. (Bierze mnie lekko, niby czule — to najgorsze — za rękę, którą wyrywam ze wstrętem „jak oparzony”.)
JA — To niby staranie o moje zdrowie jest nową złośliwością. Robisz ze mnie wariata, abym nie mógł się obronić przed twymi złośliwościami.