GUSTAW (Już naprawdę oburzony — on to lapnął podświadomie, a kara go spotyka jak za przestępstwo. Na tym polega pełna oburzenia, ale zupełnie dla nich szczera obrona niemytych dusz (NDN) — drugie N oznacza, jak zawsze u mnie, liczbę mnogą.) — To ty jesteś niesprawiedliwy przez tę twoją nieznośną nadwrażliwość. Wiesz, że nie masz życzliwszego człowieka ode mnie, i imputujesz mi rzeczy wprost brzydkie. (I nie wie biedaczek-kat-Gustaw, że faktycznie je popełnia, tylko boczną rurką idącą wprost z bebechów, tak zwanym psychowypierdnikiem, niepodległym kontroli ośrodków wyższych, w obrębie których do rany go można ze skutkiem przykładać.) To jest już krzycząca niesprawiedliwość!
JA — Widzisz: wywracasz kota ogonem, i to w worku: z krzywdziciela robisz z siebie zręcznie ofiarę i mnie stawiasz w roli wariata o manii prześladowczej, ohydnego tzw. „nerwusa” (asocjacja: nerwowy duchowy oberwus), nadwrażliwca, jakąś kurczącą się glistę, połączoną z niesprawiedliwym kwerulantem (czyli po prostu kłótnikiem), fałszywym przyjacielem i niewdzięcznikiem. (Gustaw robi gest wzywający Boga o pomstę w kierunku kobiety, która uśmiecha się życzliwie: jestem, sądząc z tego symptomu, pokonany. Ale nie — muszę zwyciężyć lub zginę — jak? — nie wiem, ale zginę na pewno.)
GUSTAW — Pani widzi, przecież to jest maniak.
JA — Gustawie, ulituj się: mówmy jak stworzenia rozumne. Każdy, który poddany zostanie psychoanalizie, wykazywać musi opór. Jest to klasyczny wypadek, opór musi być — trzeba go przezwyciężyć i wtedy dopiero ukazują się wspaniale perspektywy życia ponad kompleksami dla dusz naprawdę umytych. (Staram się być pojednawczo dobry, opanowawszy pierwszy odruch złości — chcę się porozumieć, jak to inteligentom przystało. Nic z tego: kompleksy grają sobie dalej jak katarynki, głusząc głos rozumu.) Wszystko to robisz podświadomie...
GUSTAW — Otóż to. Wmawianie komuś czort wie czego pod pozorem uczonej teorii, a gdy to się nie da, mówienie mu o jego podświadomości. W ten sposób wszystko zainsynuować można...
JA — O nieszczęsny! Ty nie widzisz, że każdy musi na sam cień psychoanalizy tak właśnie reagować. Człowiek chroni swoją podświadomość jak skarb. Poza tym, że nie chce wiedzieć już nic o przykrych rzeczach, o których zapomniał, nie chce, aby mu odebrano możność odgrywania bez hamulców jego kompleksów. Czymże by nasycił swoje poczucie podświadomej niższości!
GUSTAW — Teraz ty jesteś bezczelnie złośliwy. Skąd wiedzieć możesz, że mam taki kompleks, o ile w ogóle cały freudyzm nie jest bzdurą.
JA — Po uczynkach ich poznacie je. Twoje drobne świństewka przemawiają, na tle twojej pozytywnej wartości płynącej z warstwy świadomej, o tym, że zły kobold pracuje w podziemiach twojej duszy, każąc ci spełniać bezwolnie jego zachcianki — to jest właśnie podświadomość — nie wiesz, co czynisz — nie można mieć o to do ciebie pretensji, ale trzeba, aby ten drugi, prawdziwy „ty” dążył naprawdę do samouświadomienia. Zastanów się tylko, czy żeby tu na moim miejscu — znienawidzonego prawie przez wszystkich, a trochę uznanego przez niektórych — siedziały powagi w rodzaju Boya czy Irzykowskiego, czy zrobiłbyś takiego witza w stosunku do nich? Nie — to jest oczywiste.
GUSTAW — Zrobiłbym na pewno. (Mówi to z fałszywą żarliwością i pewnością siebie.) Ależ oczywiście, że zrobiłbym.
JA — A ja ci mówię, że nie. Mówisz to zupełnie nieszczerym tonem; wątpię, czy wierzysz w to sam. Nie masz siły wmówić tego nawet w siebie, a cóż dopiero we mnie.