Bo (wracając do poprzedniego) mówią, że wszelka praca tzw. górnolotnie „twórcza” z węzłowisk nierozplątanych pochodzi i wraz z ich rozwiązaniem ginie, jak potok wysychający latem w górskim korycie. Czy tak jest, trzeba by z wszelką pewnością stwierdzić; a ponieważ skomplikowany niezmiernie eksperyment nie może być powtórzony w tych samych warunkach (przerobienie czyjegoś życia z psychoanalizą i bez), więc rozstrzygnięcie nie będzie tu nigdy zupełnie pewne. Możemy mówić z pewną dokładnością o usunięciu u kogoś jakiegoś kompleksu na tle wielu podobnych wypadków, ale o czymś tak kapryśnym jak twórczość, artystyczna specjalnie, nic na pewno, mimo niezliczonych doświadczeń, powiedzieć się nie da. W każdym razie, o ile nawet w rzadkich wypadkach usunięcie węzłowiska (kompleksu) chorobowego — pojęcie to wyjaśnię zaraz dokładniej na przykładzie — może przynieść uszczerbek tzw. twórczości, to w większej ilości wypadków, u ludzi tzw. „zwykłych”, nieoddających się jakiejś specjalnej, szczególnie artystycznej, twórczości, może mieć skutki tylko dodatnie. Oczywiście stosowana na większą skalę przez dyletantów psychoanaliza może przybrać znaczenie fatalne i doprowadzić do poważnych nerwowych zaburzeń. Nie sztuka jest bowiem kogoś psychicznie rozbabrać, ale sztuką jest załagodzenie jego cierpień i odpowiednie zsyntetyzowanie uprzedniej analitycznej roboty. Tego stadium właśnie nie przeszedłem z dr. de Beaurain do końca z przyczyn od nas obu niezależnych i dlatego może psychoanaliza ta (na razie) nie miała na mnie wpływu tak dodatniego, jak to po niej zasadniczo można by się spodziewać, co ujawniło się w pewnych bezpośrednio po niej zaszłych zdarzeniach mojego życia, które też na długie lata odwróciły moją uwagę od tej sfery; a gdy do niej myślowo wróciłem, to raczej w sposób jakby trochę ironiczny, co objawiło się bezpośrednio nawet w pewnych sztukach teatralnych. Ale nieprawdą jest, abym kiedykolwiek zupełnie psychoanalizę deprecjonował, jak mi to imputowano razem z antysemityzmem i czort wie czym jeszcze. Oczywiście są to rzeczy mało ważne, ale ponieważ mam zamiar napisać wielkie pochwały dla tej nauki, a u nas ze zmiany istotnej przekonań robi się często jakieś dziwne dowody czyjejś interesowności, a nawet nieuczciwości, więc uważałem za stosowne dodać tych parę wyjaśnień z dalekiej przeszłości.

Faktem jest, że mimo iż posługiwałem się do pewnego stopnia w introspekcji i badaniu innych osobników psychoanalizą, w najgrubszej zresztą postaci, i używałem nawet jej terminologii, sfera ta była u mnie jakby w stanie uśpienia przez długie lata — wszystko to, mimo pozornego stosowania, było martwe, jakby skamieniałe. Książką, która dokonała we mnie formalnej rewolucji i zasadniczo zmieniła mój stosunek do samego siebie i innych ludzi, otwierając mi (jako leptosomowi-schizotymikowi, w tej chwili mogę powiedzieć nieomal: „byłemu” — tak bowiem od tych czasów spykniczałem) nieprzeczuwane horyzonty, było dzieło Ernsta Kretschmera8 Körperbau und Charakter, wydane u Springera w Berlinie. Nie będę tu wchodził w szczegóły teorii tego genialnego psychologa i psychiatry, którego to właśnie wymienione dzieło powinno być znane bezwarunkowo wszystkim ludziom względnie inteligentnym, ale w szczególności tym, których zadaniem życia jest przewodzenie masom, a materiałem ich twórczości żywy, stający się człowiek, czyli zadanie wychowywania w najszerszym znaczeniu tego słowa — od nauczycieli szkoły ludowej do szczytów władzy państwowej. Aby zachęcić tych, którzy będą w stanie zrozumieć doniosłość dzieła Kretschmera i zaznajomić się z nim osobiście, podam tu tylko krótkie streszczenie9.

Streszczenie teorii Kretschmera

Zasadniczą tezą Kretschmera jest, że charakter budowy organizmów ludzkich związany jest z określonym charakterem ich psychiki.

Musi tak być, ponieważ: a) prawdopodobnie pierwotna świadomość jest tylko świadomością ciała, plus tegoż ciała bezpośrednie wspomnienia; b) że my jesteśmy po prostu samoczującymi się ciałami; c) że to samoczucie się „zindywidualizowanej materii żywej” (innej jak zindywidualizowanej nie ma) jest faktem pierwotnym; d) że cały tak zwany „duch” daje się zbudować (przy założeniu istnienia wspomnień i wyobrażeń jako koniecznych elementów jedności i ciągłości świadomości) z czuć pierwotnych i „luksusowych”, w których to czuciach pierwotnych (dotyk zewnętrzny i wewnętrzny — czucia powierzchni ciała, czucia organów, stawów, ścięgien i mięśni u nas) nie różnimy się prawdopodobnie od pierwotnych stworów. Za „luksusowe” uważam czucia, które nie są konieczne do założenia istnienia najpierwotniejszego żywego stworu (jak są nimi dotyk wewnętrzny i zewnętrzny), a więc np. czucia słuchu, wzroku, powonienia itp.; e) że myślenie daje się skonstruować bez przyjmowania dlań specjalnego rodzaju świadomości, również z następstw czuć (byłych i wyobrażonych też) z przyporządkowanymi im następstwami innych czuć aktualnych lub możliwych10.

Ciało z „duchem” stanowią zupełną jedność. „Duch” jest to ciało odczuwane od środka samo w sobie — tym właśnie jesteśmy sami w sobie i dla siebie.

Możemy następnie rozpatrywać nasze ciało, pierwszy „przedmiot” sam w sobie i dla siebie istniejący, jako jedno z wielu otaczających nas ciał i przedmiotów właściwych, czyli raczej rzeczy. Wtedy przedstawia się nam ono jako złożony z organów, prawidłowo w pewnych granicach funkcjonujący organizm, żywa konstrukcja, w przeciwieństwie do przedmiotów martwych, na które podzielona przedstawia się nam otaczająca materia.

Możemy do pewnego stopnia interpretować fizykalnie ten organizm według zasad fizyki, opisującej w terminach drobnych rozciągłości w ruchu i stosunków ilościowych (powstałych na tle pomiarów) świat materii martwej. Ale całkowicie go w tych terminach wyrazić nie będziemy w stanie nigdy, jako żywego właśnie, jak również i naszych wewnętrznych przeżyć i stanów psychologicznie analizowalnych w kompleksy (zespoły) czuć prostych: dotyków (wewnętrznych i zewnętrznych), barw, dźwięków, smaków, zapachów itd.

Tu kończę tę moją „wstawkę”, nie wyprowadzając z myśli tu zawartych ostatecznych konsekwencji filozoficznych: za daleko by nas to zaprowadziło. Pragnę tylko zachęcić szerszą publiczność do wgłębienia się w te zagadnienia, które mogą następnie naprowadzić na problemy filozoficzne. Zajęcie się tymi ostatnimi uważam za coś najcenniejszego, nawet dla tych, którzy twórczo na tym polu pracować nie mogą. Ciekawy jest fakt, że większość ludzi mogących sobie na to pozwolić broni się przeciw temu zaciekle, ulegając fałszywym nastawieniom, przesądom, a także namowom różnych fałszywych proroków, którzy za zawód swój, z którego żyją, uznali pozbawianie swych tzw. „bliźnich” jednego z najcenniejszych skarbów, jakimi nas obdarzyła natura, dając nam w przeciwieństwie do innych stworów ten drogocenny kawałek kory mózgowej, przy pomocy którego stworzyliśmy naszą bajeczną pod wieloma względami, a tak jeszcze społecznie niedoskonałą kulturę.

Wracając po tej dygresji do teorii Kretschmera, która na tle zrozumienia jedności „ducha” z ciałem powinna stać się nam jaśniejsza i pozbawiona wszelkiej w złym znaczeniu „metafizyki”, znajdujemy u niego pewien podział rodzajów struktur cielesnych i odpowiadających im struktur psychicznych, który nie jest bynajmniej sztuczny i dowolny: nie wynika z żadnych z góry powziętych idei, tylko jest wnioskiem doświadczalnym, dostarczonym przez obserwację ludzkiej rzeczywistości.