Oczywiście, aby niesłychaną komplikację struktur psychofizycznych (raczej psychobiologicznych — odwieczna pomyłka wszelkich paralelistycznych teorii, że mówią o jakimś „psychicznym” i „fizycznym”, a nie o „psychicznym” i „organicznym” — o ile już tak się wyrażamy — stanowiącym jedność od środka i od zewnątrz widzianą, i o „materii martwej” z drugiej strony, fizykalnie dalej według poglądu fizykalnego interpretowanej) ująć w tak prostą klasyfikację jak Kretschmer, na to trzeba było być geniuszem wysokiej miary. Było przed nim mnóstwo prób tego ujęcia — charakterologia organiczna jest stara nieomal jak kultura, ale żadna nie może dorównać Kretschmerowskiej pod względem jasności i precyzji, a nade wszystko prostoty.

Niektórzy zarzucają mu lekkomyślnie, że klasyfikacja jego nie jest absolutną, że są wyjątki przeczące tezie zasadniczej, że podział jest przybliżony, że nie obejmuje wszystkich możliwości itp. To, że są wyjątki, Kretschmer przyznaje sam, ale przecie teoria jego nie jest jakimś „systemem dedukcyjnym”, który wywala najmniejsza nawet sprzeczność, tylko teorią empiryczną, opartą na badaniach statystycznych, które ją jednak właśnie en gros11 potwierdzają. Oczywiście wobec morza komplikacji podział jest przybliżony. Ale stworzyć w tym chaosie, jaki przedstawia ludzkość, podział tak prosty, a tak konsekwentny i tyle typów obejmujący, jest właśnie dziełem wielkim. Można go ulepszać, tworząc podtypy, klasyfikacje bardziej zróżniczkowane, ale zasadniczo trwa on jak mur w porównaniu do opisywanej przezeń rzeczywistości, która mieści się w nim prawie bez reszty, a wszelkie typy pośrednie wchodzą weń jako kombinacje dwóch typów psychicznych głównych (ze swymi dwoistymi biegunowościami) z odpowiadającymi im trzema typami struktur organicznych: głównymi i jednym dodatkowym, mieszczącym w sobie drobne grupy, ukonstytuowane w związku z ich stosunkiem do kwestii patologii gruczołów dokrewnych.

A więc mamy przede wszystkim typ leptosomiczny (leptos — wąski po grecku), którą to nazwą zastępuje Kretschmer używaną dotąd nazwę: „asteniczny”, zarezerwowaną obecnie dla rodzaju leptosomów obdarzonych wyjątkową słabością i wątłością budowy, co sama nazwa sugestionowała niesłusznie dla całego zespołu leptosomów, między którymi mogą być i typy bynajmniej fizycznie nie chorobliwe12.

Zasadnicze charakterystyczne cechy fizyczne tego typu są następujące: ogólnie są to ludzie o budowie wysmukłej, często wątłej. Brzuch mało wydatny, często wpadnięty — zapas tłuszczu skąpy. Klatka piersiowa deskowata lub nawet wpadnięta. Ramiona względnie szerokie, ale nie zanadto. Kończyny długie, o grubych stosunkowo kościach. Wiązania stawowe również grube. Same ręce i stopy duże, o długich palcach i również grubych wiązaniach. Głowa osadzona wysoko na łodygowatej, cienkiej szyi. Profil trójkątny, tzn. nos względnie wystający i duży, a broda i czoło cofnięte.

Drugi typ — atletyczny, jest tak banalny, że w skrócie takim niewiele o nim powiedzieć można, bo każdy wie, co to jest atleta. Średniego wzrostu ludzie, doskonale zbudowani. Szeroka klatka piersiowa, szerokie bary. Kości doskonale rozwinięte. Muskulatura rozwinięta nieomal do przesady, szczególniej w górnej partii ciała. Głowa osadzona prosto, profil raczej trójkątny, silnie rozwinięte szczęki. Duże stopy i ręce jak u leptosomów. Kości i wiązania grube.

Tym dwóm typom somatycznym odpowiada według rozległej statystyki typ psychiczny schizoidalny. Tu musimy przed scharakteryzowaniem tego typu wspomnieć coś o stosunku zdrowych psychicznie ludzi do chorych, według rozważanej tu teorii.

Zasadniczym twierdzeniem Kretschmera jest to, że szpital wariatów jest powiększającym szkłem, przez które patrzymy na zdrowe społeczeństwo. Mamy tam wszystkie typy normalnie w życiu funkcjonujące wyolbrzymione, spotęgowane, a nawet skarykaturowane. Właściwości, które czynią z normalnego człowieka doskonałego pracownika o czystym jedynie charakterze typologicznym, przesadzone w pewnym, stałym zresztą dla danej choroby, kierunku stwarzają z niego prawdziwe monstrum. Przeciągnięte do ostatnich granic linie konsekwencji charakteru jakiegoś doskonałego działacza czy organizatora, „natychającego” optymizmem całe otoczenie, robią zeń maniaka o fantastycznych pomysłach, wiecznie podnieconego do wielkich czynów, a nie tworzącego nic wartościowego. Utrzymany na pewnej granicy typ, już tuż koło niebezpiecznego punktu przekroczenia, jest podziwianym przez wszystkich geniuszem, dającym ludzkości nowe wartości — o parę linijek dalej czai się złowrogi potwór, niezmiernie blisko temu geniuszowi pokrewny, którego trzymać trzeba w zamknięciu jako typ niesłychanie społecznie szkodliwy. Nie ma tej przepaści między psychicznie chorymi a zdrowymi, którą ustanawiała, zdaje się, dawna psychiatria. Ten sam zasadniczy podział obejmuje zdrowe społeczeństwo, jak i wydzielony z niego, jakby jakiś okropny wrzód, szpital wariatów, gdzie pokutują za nie spełnione lub nie swoje winy ci najnieszczęśliwsi z nieszczęśliwych, którym, jak to mówią, „Bóg odebrał rozum” — jako kara nie ma chyba nic straszliwszego. Iluż, nie wiedząc, jak ze sobą postępować, odbiera ten rozum samym sobie, aby potem długie lata gnić w obłędzie, dawno już po istotnej śmierci, i męczyć się bezpłodnie, mogąc to jedyne życie przeżyć na szczytach własnych możliwości. Broń przeciw wszelkim złym potęgom wewnętrznym, przeciw tym najstraszliwszym wrogom, którzy siedzą przede wszystkim w nas samych, daje poznanie siebie i drugich poprzez Kretschmerowskie ujęcie charakterów. Drugą taką bronią jest freudyzm. Żeby mi nie wiem, co kto mówił, że ten stopień poznania można osiągnąć przez samą autoanalizę i obserwację, jak to zwykli mówić „oporowcy” — nie uwierzę. Może dawniej, gdy życie nie było tak skomplikowane, można było się obejść bez tych teorii — jako też obchodziła się bez nich na swoje nieszczęście ludzkość; ale dziś człowiek, który ich nie zna, jest nieszczęsnym kaleką, pełzakiem wobec chodzących prosto „uświadomionych”.

Oczywiście i charakterologia, i autoanaliza (i nawet metody prawie że freudowskie) były przed Freudem i Kretschmerem. Ale ci wielcy jasnowidzący ujęli pierwotne, niedołężne majaczenia ludzkie na te niesłychanej życiowej wagi tematy w jasne, dostępne dla każdego, zastosowalne w pewnym stopniu dla zupełnych laików systemy myśli, przerażające wprost swą prostotą i logiką. Wobec takich przedziwnych w swej prostocie tworów geniuszu dziwimy się tylko, że dotąd nikt tego od samego zarania myśli nie widział, że my sami po prostu tego dawno nie wynaleźliśmy, że tak długich wieków trzeba było, aby tak rzecz pozornie oczywistą wyprodukować. Tę właściwość mają właśnie prawdziwe arcydzieła sztuki i rozumu — po tym nieomal poznać można ich bezcenną wartość; są wcieleniami jakby odwiecznie bytujących form i prawd: pierwsze w swej jedyności absolutnej i powszechności wyrażanej metafizycznej treści, drugie w swej absolutnej prawdzie najwyższej ogólności, obejmującej w prostych formułach pojęciowych pozornie beznadziejnie chaotyczne splątowiska częściowej lub całej rzeczywistości.

Wracając do schizoidów: są to typy milczące, zamknięte w sobie, raczej ponure. Zmiany nastrojów następują u nich gwałtownie, pozornie bez powodu. W ciągu jednej sekundy z ostatecznej ponurości mogą przejść do (ich względnej) wesołości, z gniewu do zupełnej pogody. Tak samo u zdeklarowanych szaleńców tej grupy objawy zmieniają się z przerażającą gwałtownością. Sam ostry wybuch choroby może nastąpić nagle i nieoczekiwanie w ciągu paru sekund. Jest to podobno w związku z tym, że nerwy schizoidów są prawie pozbawione lipoidalnych (coś w rodzaju tłuszczu) obsłonek izolacyjnych, które posiadają (za to) pyknicy-cyklotymicy. Procesy nerwowe przebiegają u schizoidów szybko; są to jakieś gwałtowne krótkie spięcia, połączone z wielkimi wydatkami energii, po których następuje szybko depresja i zmęczenie.

Uczucia schizoida (słowo pochodzące od greckiego słowa oznaczającego rozszczepienie) to — według pięknego wyrażenia Kretschmera (który w swych opisach różnych psychik osiąga nieomal artystyczne wyżyny) — „ogień płonący wewnątrz bryły lodowej”, na zawsze w niej uwięziony. Może schizoid przeżywać wewnątrz tej lodowej powłoki straszliwe tragedie i wstrząsy (straszliwe dla niego, dla przeciętnego pyknika — typ przeciwny — byłyby to widmowe fosforescencje jakiegoś urojonego świata) — żaden adekwatny wyraz ich nie stanie się własnością otoczenia. Niepoznawalny nawet sam dla siebie, często przez siebie do końca niepoznany, przechodzi schizoid nieraz przez życie jak tajemnicze widmo, unosząc do grobu swe bezużyteczne skarby, męcząc się ich bezpłodnością i martwotą.