To zamknięcie się w sobie, w swoim własnym świecie myśli i wyobrażeń, we własnej, nieporównywalnej z żadną inną, wizji rzeczywistości, nie wyklucza zupełnie braku chęci ze strony schizoida oddziaływania na tę nienawistną mu rzeczywistość. Są schizoidzi specjalnego typu, którzy właśnie chcą ją zmienić według ich własnej koncepcji, narzucić jej tę swoją wizję wewnętrzną, która ich „obseduje” (potworne słowo!), zgwałcić ją i przetransformować: są to wielcy sekciarze, fanatycy wiar, reformatorzy społeczni, prorocy nowych obyczajów. Bo trzeba zauważyć, że tak jak pyknicy, tak i leptosomy posiadają dwa przeciwne sobie bieguny, mieszczące się w obrębie ogólnej ich charakterystyki: bieguny schizoidalne; są hiperestetycy (nadczułki) i anestetycy (nieczuje). Do pierwszych należą typy „arystokratyczne” (duchowo), smakosze życia, używający wymyślnych przypraw psychologicznych i estetycznych, drżący od najlżejszego mrożącego powiewu, wiecznie otuleni w jakąś duchową watę, unikający hałaśliwej dobroduszności i wylewności uczuć pykników. Najmniejsza złośliwość czy zadraśnięcie ich ambicji jest dla nich krzywdą nie do przebaczenia; długo ją pamiętają i nie wracają nigdy do środowisk, które ich nieodpowiednio, bez należytych ostrożności, przyjęły. Drugi typ to zimnych pedantów (do tych należą fanatycy idei, wymienieni poprzednio), którzy by wszystko załadować chcieli do swych abstrakcyjnie, bez związku z życiem, skonstruowanych duchowych szufladek, choćby rzeczywistość miała wyjść po tej dobroczynnej przemianie ze zwichniętym kręgosłupem i połamanymi członkami. Odważni na zimno do szaleństwa, nieczuli na ból swój własny i innych, zawzięci do okrucieństwa, charaktery nieugięte, wpatrzone w dal fantastycznych lub też z precyzją obliczonych planów, idą przez życie jak jakieś dziwaczne maszyny, spełniające, zda się, czyjąś wolę, będące niby narzędziami zaświatowych, działających przez nich potęg. Jedno gorsze niby od drugiego — ale czy bez takich typów ruszyłaby z miejsca leniwa masa ludzka ku jakimkolwiek celom przekraczającym potrzeby codziennego dnia: możliwego żarcia i byle daszku nad głową? Bardzo wątpliwe. Są oni (raczej byli dotąd) produkowani, aby „coś się z ludzkością działo”, aby w ogóle ludzkość jako taka powstała. Możliwe, że w dalszym jej rozwoju, po samouświadomieniu się masy i wobec możliwości jej samorządzenia się, i to faktycznego, a nie rządzenia przez zdegenerowanych w potwory, to jest w przedstawicieli kapitału-nowotwora, dawnych prawdziwych władców — typ schizoidalny będzie musiał zaginąć na równi z religią, sztuką, a może i filozofią (po co to: może — na pewno tak13), które to dziedziny w swych najistotniejszych przejawach też przeważnie dziełem leptosomów-schizoidów były. Możliwe, że pyknicy (a dalej kobiety — kto wie?) zwyciężą w miarę dalszego uspołecznienia się ludzkości. (O tych problemach będzie jeszcze mowa później.) Ważnym jeszcze dla psychiki schizoida jest to, że są to typy zasadniczo rozdwojone — właściwie rozszczepione (skąd nazwa: „schizo”), bo o podwójnej w ścisłym znaczeniu osobie psychicznej nie ma tam mowy: przeciwieństwa mieszczą się w jednej osobowości jednocześnie — to jest najciekawsze. Schizoid jednocześnie potrafi kochać i nienawidzić, pożądać i czuć wstręt, uwielbiać i pogardzać. Nazywamy to systemem podwójnego wartościowania (ambiwalencja), wprowadzającym do życia całe morza komplikacji. Doprowadzony stan ten do ostatnich konsekwencji daje dwie psychiki w obrębie jednej osobowości, niewiedzące jakby nic wzajemnie o sobie.
Typem „rozwiniętego” aż do nienormalności schizoida normalnego i życiowo, a nawet społecznie pożytecznego — jest schizofrenik, skończony wariat, typ zamknięty w sobie aż do zupełnego odcięcia od świata w kompletnym bezruchu zewnętrznym i wewnętrznym, graniczącym z ogłupieniem (hebefrenia) i kompletnym idiotyzmem. Sam widziałem typy takie, zwiedzając szpitale wariatów — wrażenie jest wprost przerażające. Żywy trup o absolutnie bezmyślnym, nieobecnym spojrzeniu, zwinięty kunsztownie w pozycji, której by niejeden fakir nie wytrzymał, trwa w niej miesiące, a czasem lata. Niektóre typy takie metodą ciągłego kołatania do zamkniętej ich „duszy” udało się Jungowi14 powrócić do pewnego stopnia do życia. Pewien osobnik, który trzydzieści lat zawzięcie milczał, odpowiedział wreszcie ponuro na pytanie „czemu”, zadane po niesłychanych wysiłkach zdobycia jego wewnętrznej fortecy, w której się zamknął ze wstrętu do życia i ludzi: „aby oszczędzać choć trochę niemiecki język” — brzmiała niesamowita odpowiedź. Drugi typ schizoidalny: nadczułków, daje w odpowiednim spotęgowaniu furiatów, o byle co dostających ataku szału.
Przechodząc do pykników konstatujemy za Kretschmerem, że będą to ludzie o budowie raczej krępej i niskiej. Beczkowata klatka piersiowa przy stosunkowo wąskich ramionach, krótkie kończyny, drobne stopy i ręce i delikatne wiązania w przegubach charakteryzują ten typ, zasadniczo fizycznie i duchowo poprzedniemu przeciwny. Głowa osadzona na krótkiej szyi, z lekka ku przodowi przesunięta. Profil „dobrze wyrobiony”, na jednej mniej więcej linii prostopadłej, bez wielkich odchyleń.
Do tego typu należy psychika cyklotymiczna, stanowiąca zupełne przeciwieństwo duchowego typu schizoidalnego leptosomów. U pyknika wszystkie procesy przebiegają wielkimi falami, w przeciwieństwie do gwałtownych uskoków i „szubów” schizotymika. Ale nie znaczy to, aby tłamsił on w sobie długo jakieś urazy czy gniewy — nie — on wyładowuje wszystko od razu i potem jest spokój i pogoda. Jest to psychika odkryta, nałażąca na ludzi, żądna kontaktu z rzeczywistością. „Dusza na raspaszku15” — jak mówią Rosjanie.
Pyknik też w pewien sposób narzuca się otaczającemu światu, ale nie jako prorok, gwałciciel i transformator, tylko raczej jako pośrednik, uzgadniający już istniejące stosunki, tzw. „rzeczywistość zastaną”; on wszystko, co jest, urządza, uzgadniając przeciwności, organizuje, kituje, zalepia dziury, stwarza całości z rozstrzelonych elementów, buduje nie niszcząc, w przeciwieństwie znów do schizoida, lubiącego tworzyć swe sztuczne konstrukcje na zrównanych z ziemią miejscach, gdzie ślad żaden nie przypomina tego, co było. Oczywiście to stosuje się do pyknika „podmaniakalnego” (hipomaniaka), czynnego, pogodnego i wesołego. To jest jeden biegun, drugi — to w ostatecznym rozwinięciu tzw. typ ciężko krwistego (schwerblütig) cyklotymika; ciężka, periodycznie potęgująca się melancholia.
Cyklotymika charakteryzuje szeroka rozlewność jego życiowej fali, nastroje nie mają linii granicznych szarpanych, tylko przelewają się jedne w drugie potężnymi oleistymi falami ciężkiej, dalekiej burzy. Wielkie radości i wielkie smutki są jego udziałem, wielkie w stosunku do drobnoziarnistej struktury obojętnego czy nadwrażliwego leptosoma, bo co tam ostatecznie bezwzględnie wielkiego jest w człowieczych, psich czy kocich, a nawet pluskwich uczuciach — wielkie naprawdę mogą być tylko myśli, ogarniające wielkie filozoficzne problemy lub losy całej ludzkości — oczywiście zależy jeszcze od tego, jak wielkie może być „uczucie metafizyczne”: poczucie dziwności bytu na tle przeciwstawienia się jednostki całości świata, nieskończonej i niepojętej, tak zresztą niepojętej w istocie swej, jak i ta sama jednostkowość Istnienia Poszczególnego (IP), czyli — po prostu żywego stworu, a w dodatku stworu myślącego (w znaczeniu podanym wyżej — nominalistycznym), ale nie uczucia wzajemne istot szukających w nich, na tle pierwotnych instynktów, ratunku przed potworną, metafizyczną samotnością każdego (IP) w nieskończonym w Czasie i Przestrzeni Istnieniu.
Nieporządna szarpanina schizotymika jest u pykników zastąpiona systematycznym falowaniem, mającym czasem, szczególniej w wypadkach wyraźnie chorobowych, zupełnie regularną periodyczność. Jeśli chodzi o wszelką twórczość, jest ona — w przeciwieństwie do formalności dochodzącej czasem do beztreściowej formalistyki leptosomów — bardziej realistyczna, tak pod względem uczuciowym (na głęboko lub na wesoło) w sztukach dionizyjskich, jak realistyczno-przedmiotowa, z przywiązaniem do materii jako takiej, w sztukach apolińskich16. Brak wszelkich tzw. „nerwów”; po wyładowaniu uczuciowym — pogoda lub cicha melancholia, zależnie od biegunowego podtypu (podmaniakalnego czy depresyjnego), ale w każdym razie dalekie to wszystko od drżączkowego, kapryśnego w liniach przebiegu zdenerwowania długonosych. Forma obłędowa występuje w dwóch typach psychozy cyrkularnej, bardziej maniakalno-podnieconym i melancholijnym.
Taka byłaby ogólna charakterystyka typów zasadniczych, krańcowych, pomiędzy którymi rozciąga się cała skala typów mieszanych o różnych proporcjach dwóch (po dwa jeszcze, zależnie od biegunów) składników podstawowych. Do tych rodzajów dochodzą jeszcze typy niezupełnie określone, dysplastyczne, którymi tu zajmować się nie będziemy.
Na mocy naturalnej zasady mieszania się typów można w schemat ten wpakować zasadniczo całą ludzkość, z jej pozornie nieuporządkowaną i niedającą się w żadne normy ująć różnorodnością.
Znajomość17 teorii Kretschmera18, połączona z możnością odgadywania według dość rzucających się w oczy cech zewnętrznych całej skomplikowanej psychiki danego osobnika, a choćby jego rysów zasadniczych, może oddać w życiu każdego absolutnie człowieka nieocenione usługi, usunąć wiele nieporozumień ze samym sobą i z innymi, zatłamsić w zarodku całe masy tragedii lub możliwych długotrwałych cierpień z powodu nieuzasadnionych pretensji do siebie i otoczenia. Banalnym jest powiedzenie o trudności poznania siebie — jeszcze trudniej zrozumieć, do jakiego gatunku należymy społecznie, poza przesądami przypadkowego urodzenia w danej sferze. Przypadkowego — mówię — w stosunku do czasów obecnych, gdzie kultura duchowa rozlana jest w pewnej wysokości mniej więcej równomiernie. Do niedawna było to decydujące w kwestii kształtowania się charakteru i umysłu i całego uczuciowego i światopoglądowego nastawienia do rzeczywistości. Do tej pierwszej orientacji w sobie i w innych daje od razu klucz teoria Kretschmera. Weźmy parę przykładów — będą one wymyślone, więc może trochę przejaskrawione lub zbyt schematyczne, ale może lepiej przez to uzmysłowią to, o co mi chodzi.