Na przykład: 1. Matka — długonosa schizoidka, wyrafinowana i subtelna intelektualistka ma syna pyknika, podobnego do ojca, którego już znienawidziła za jego przeciwny jej, jowialny, otwarty, trochę „rubaszny” (ohydne słowo, ale trudno) charakter. Chciałaby za wszelką cenę, aby syn, który jest fizycznie wykapany papa — z lekką komponentą (składową całości) schizoidalną, pozwalającą mu trochę (ale nie bardzo) rozumieć matkę od środka — chociaż „moralnie” nie był taki jak jego twórca. Nie rozumie, biedaczka, że profil i tzw. „dusza” to jedna i ta sama rzecz, oglądana raz od „środka”, a drugi raz z „boku”, i dalejże huzia na nieszczęsnego pykniczeńkę, który w innych rękach stałby się byczym snardzem (to słowo proponuję zamiast ohydnego dość słowa „facet”; na zarzut, że zanadto do smardza podobne, odpowiadam: a facet do taceta podobny był i nic mu się nie stało). I mały, który jest realistą i komikiem, dalekim od zimnej schizoidalnej estetyki uczuć i formalnych wyrafinowań, dostaje codziennie porcję jakiejś „dressirowki19” od długonosej mamy-despotki, że mu oko systematycznie bieleje, bieleje, aż wychodzi wreszcie do szkoły i tam odnajduje siebie wśród podobnych mu typków, a dom staje się dla niego zamiast przystanią — ponurą zmorą przeszłości.

Gdyby mama owa wiedziała, że są pewne niezmienne psychiczne typy, których żadna tresura na coś diametralnie przeciwnego nie urobi, zostawiłaby może pewną swobodę ducha nieszczęśnikowi i traktowała go raczej jako okaz do swojej kolekcji typów, i pokochałaby go w jego inności zamiast łamać mu duchowy kręgosłup w formie, do której on nie pasuje.

2. Weźmy przykład odwrotny: matka pykniczka, syn zakręcony w sobie, zalękniony przed rzeczywistością schizoid. Jeszcze gorzej się wiedzie biednemu „schyziowi” — wychowańcowi w takiej kombinacji. O ile poprzedni typek był trochę brutalnym życiowcem i mógł sobie dać radę z dysharmoniami codziennego życia i wtłaczaniem mu nieodpowiedniej maski, o tyle los młodego leptosoma jest po prostu straszny. Znane są w szerokich kołach mętów literackich stolicy piosenki niezmiernie dowcipne (pod wpływem Boya i Słonimskiego z wielkim nakładem pracy i humoru stworzone), ilustrujące dobitnie ten stan rzeczy:

Cóż to jest za, ach, ohyda —

Ja mam syna schizoida!

Czemuś nie jest ty pyknikiem,

Tylko tym wymokłym smykiem?

Albo:

Co za rozpacz mię przenika,

Ja za syna mam pyknika!