Czemuś nie jest cienki w pasie,

Ty ohydny mój grubasie?

Na wszelkie ataki pyknizmu reaguje bubek ów bolesnym skurczeniem się lub wyniosłym zamknięciem się w sobie, które powiększają tylko wściekłość otaczających go wrogich elementów pyknicznych. Kompleksy freudowskie na tle zahamowań rosną jak na drożdżach — młody snardz odcina się od świata powoli, ku coraz gorszemu oburzeniu rodziny (bo jeśli ojciec jest też pyknikiem, a on wdał się w „przemendlowaną”20 babkę, to wszyscy i ewentualnie pykniczne rodzeństwo są przeciw niemu) — a wtedy koniec: zamęczą zdechlaka ze szczętem. I może jakiś możliwy geniusz schizoidalny, filozof lub artysta prawdziwy, tj. formalny, zginie w jakimś urzędzie czy przy warsztacie jak niepyszny, bo nie jest pyknikiem: to była jego jedyna wina; chciano od niego pogody, życiowego realizmu, określonych uczuć, otwartości i dobroduszności, a ten „drań” był skryty, subtelny esteta, wyrafinowany tzw. arystokrata ducha, intelektualista i trochę dumny pyszałek. I ta ostatnia wada sprowadziła nań nienawiść klanu pospolitych pykniczeńków.

Wszystkie te pretensje niczym nieuzasadnione, które zatłamszają — przez niezrozumienie głęboko sięgających, niewykorzenialnych struktur duchowych — tyle wartościowych indywiduów lub co najmniej wykoszlawiają tyle charakterów i egzystencji, mogłyby ustać, gdyby ludzie rozumieli się trochę lepiej wzajemnie. Strach pomyśleć, ile wartościowej energii indywidualnej i pośrednio społecznej idzie na marne wskutek tarć wśród rodzin, a następnie w szkołach, a dalej w swobodnym życiu.

Nie można łamać w ludziach rzeczy nieprzełamalnych; tylko wtedy może być spełniony klasyczny ideał: harmonijnego rozwoju wszystkich dodatnich elementów osobowości. (Oczywiście mówię o indywiduach — społecznie rzecz biorąc możliwości są wprost nieogarnione.) Co to są za elementy dodatnie, wszyscy mniej więcej wiedzą. Ale rzecz główna, aby każdy był sobą, a nie udawał kogoś, kim nie jest, nie grał całe życie często wstrętnej mu, narzuconej przez wychowanie i tradycję, niepasującej doń roli. Takie uświadomienie ogólnikowe i doraźne co do istoty danego osobnika może dać tylko teoria Kretschmera, wpajana w ludzi od pierwszej klasy gimnazjalnej.

Jeszcze pyknicy zawsze jakoś dadzą sobie radę i przebiją się nawet przez mury schizoidalnych fortec wokół nich na wolny świat ich własnych form życiowej twórczości, ale los schizoidów jest fatalny i oni też na stanowiskach wychowawczych lub władczych, począwszy od nauczycieli szkół ludowych, prócz mnóstwa dobra najwięcej złego przynieść mogą; sam byłem kiedyś, we wczesnej młodości, typowym schizoidem i wiem dobrze, co to znaczy. Bo pyknik ma zasadniczy instynkt życia wśród ludzi, ma intuicję psychologiczną, umie stosunkowo więcej różniczkować typy wokół siebie. Ale normalny schyzio przekonany jest, że wszyscy są absolutnie podobni do niego i że innych typów w ogóle nie ma; trwa ciągła introjekcja własnej psychiki w otaczających go nieszczęśników, którzy cierpią męki, będąc deformowanymi na żywo i posądzanymi o rzeczy, o których im się nigdy nie śniło. Jeszcze jeśli taki człowiek zna przynajmniej choć trochę Freuda, może go to trochę złagodzić w jego niezrozumieniu drugich i despotyzmie, ale taka „czysta”, tj. nieuświadomiona zupełnie „niemyta dusza”, tj. snardz (ewentualnie snardzka, snardzetka, snardzica) niesfreudyzowany i nieskretschmeryzowany, przy dzisiejszej komplikacji życia i psychiki ludzkiej, to rzecz wprost i wręcz potworna.

Przypomnijmy sobie wszystkie dręczenia uczniów i w ogóle podwładnych przez profesorów i przełożonych. Oczywiście nie zwracam się tu do uświadomionych złoczyńców, którzy chcą być świniami, a tych są legiony całe. Chodzi mi tu o tych, którzy chcą być dobrzy w najwyższym, a nie flakowatym i rozmiękczonym znaczeniu tego słowa, a nie mogą, bo: 1. nie znają zupełnie siebie i nie widzą, kim(i) są oni sami i otaczający ich ludzie, a nade wszystko nie wiedzą, kim(i) być mogą, a kim(i), choćby pękli na czworo, nie mogą; 2. nie znają swych kompleksów freudowskich i myśląc, że postępują swobodnie i według programu, staczają się po niewidocznych pochyłostkach w zupełnie nieoczekiwane sytuacje, z których wygrzebać się potem bez pomocy innych nie mogą — ale o tym później.

Wróćmy na razie do kwestii typów konstytucjonalnych i z nieznajomości tychże wynikających nieporozumień. Jeśli takie rzeczy zachodzą w stosunkach między rodzicami i dziećmi, to cóż za zwały potwornych kolizji oczekiwać nas będą przy rozpatrywaniu stosunków erotycznych, gdzie uczucia są daleko gwałtowniejsze, gdzie poczucie własności gra o tyle większą jeszcze rolę i bezwzględniej daleko przemawia z samej głębi ludzko-bydlęcych bebechów niż między dwoma pokoleniami: między wytwórcami i ich płodami. Tam stwarzają się istne piekła (Inferno Domestico), przykryte często takimi festonami, girlandami, wisiorami, lambrekinami, firankami i parawanami kłamstw, że powierzchowny obserwator może być zupełnie w błąd wprowadzony i uważać takie piekło za gniazdko szczęścia do pozazdroszczenia lub też zupełnie mylić się co do ról i gnębicieli brać za pognębionych i odwrotnie. Przy zrozumieniu pewnym nieodwołalności charakterów, takiej samej prawie jak nieodwołalność kształtów nosów i kolorów ócz, całe masy nieporozumień odpadłyby od razu same przez się, oczywiście przy założeniu dobrej woli ze stron obu, której ilość jednak w miarę uspołeczniania musi wzrastać z każdą chwilą; jest pewna entropia21 zła na świecie na mocy nieodwracalności zjawisk społecznych, która jak byk jasno wychodzi przy powierzchownym nawet wglądnięciu w historię. Ale o tym później, a propos kompleksu niższości. Sądzę, że ta krótka wzmianka zachęci do przestudiowania dzieła głównego (główniaka) Kretschmera, które niedługo powinno się ukazać w przekładzie polskim22.

Ogólne zasady teorii Freuda

Przechodzę teraz do krótkiego streszczenia teorii Freuda, którą znam właściwie jedynie ze wspomnianej wyżej praktyki, bo nawet gdy piszę te słowa (!), nie skończyłem dotąd Wstępu do psychoanalizy, który nie jest niestety książką dobrą dla propagandy wspaniałej idei zasadniczej jej autora: za wiele jest tam od początku nudy i rozwlekłości w opisie nieciekawych stosunkowo do innych działów czynności pomyłkowych. Ale przebrnąć przez to warto; a zdarzało mi się widzieć powierzchowniejsze typy odpadające od tej książki zaraz po pierwszych nieomal chwytach23. Zaznaczam, że nie jestem wcale uczonym freudystą i że od owego kursu praktycznego upłynęły już dwadzieścia cztery lata. Dlatego proszę (szczególniej zawodowych psychoanalityków) o wybaczenie mi usterek i niedokładności w przedstawieniu tezy i metody Freuda i o ich sprostowanie, co będzie tylko korzystnym dla chętniaków.