A więc:
A. Pojęcie kompleksu (węzłowiska)
Zasadniczą cechą natury ludzkiej (a pewno i bydlęcej) jest to, że każdy stwór żywy stara się jak najprędzej zapomnieć o rzeczach przykrych, które przeżył, i jak najdłużej babrać się w przyjemnych — i nie ma co się nam dziwić. Kwestia jest tylko w tym, że my, ludzie, nie przebieramy czasem w środkach, jeśli chodzi o budowanie płyt izolacyjnych między nami a przykrościami życia wewnętrznego i zewnętrznego; budujemy je z czego popadło, implikując czasem tym gorsze świństwo niż to, od którego pragnęliśmy się odgrodzić. Znałem człowieka, który gdy się upił, oznajmiał nazajutrz sobie i innym „niebyłość” tego faktu: wmawiał w siebie, że to urojenie, i to pomagało mu znakomicie do przezwyciężenia „katzenjammeru” (to jest skandal, że moje tak świetne słowo „glątwa” nie przyjęło się zupełnie24) — tego moralnego, bo z fizycznym można sobie dać radę radykalnie tylko przez jedną do dwóch dużych czystych nazajutrz. Ale to tzw. „zaklajstrowanie” z wierzchu mści się czasem straszliwie. Gdyby osobnik ów przeżył całą okropność poalkoholowej glątewki, to by mu z pewnością znacznie utrudniło następny występ i otworzyło drogę do poprawy. „Niebyłość” zmniejszała zaś tak cierpienia z powodu wyrzutów, że gdy przyszła następna, a do tego stała możliwość nowej ucieczki w dal przed „bólem życia25”, delikwent na pewno staczał się natychmiast po infernalnej stoczni upadków ludzkich na samo dno małego czy nawet wielkiego popoju. Oczywiście to są rzeczy, którymi możemy kierować sami. Ale są nieszczęścia, które walą się nam na łby ze stosunkowo małą pomocą wad naszych charakterów; chociaż, gdyby tak uważnie w przeszłości się pogrzebać, może by się znalazło daleko więcej wpływu tego czynnika, niż to się nam w przebiegu codziennego życia wydaje.
Zupełnie słuszne w szerokim zakresie stanowisko jak najprędszego zatłamszania rzeczy przykrych, stanowisko, które mamy wrodzone tak jak zdolność chodzenia i jedzenia, daje czasem zupełnie negatywne rezultaty. Nie dawało z pewnością takich skutków w zbiorowiskach jaszczurów jurajskich, u których rozpoczął się ten rozwój kory mózgowej, który u nas doszedł do tak nieprawdopodobnych rozmiarów; człowiek stworzył kulturę, która przerastała jego siły, a ponieważ rozwoju jej cofnąć (przynajmniej na razie) nie może, musi zginąć pod jej ciężarem26. Człowiek nie był przygotowany fizycznie do tego, co z nim zrobił jego mózg; żaden sport i programowe ogłupianie się na małą skalę przez dancing, tenże sport, kino, radio i karty nie pomogą tu nic, bo wielka machina pędzi dalej coraz szybciej: tu trzeba by cofnąć kulturę na wielką skalę; jest to możliwe przy daleko większym stopniu uspołecznienia, ku któremu zresztą zdążamy.
Rosja to „mały eksperymencik”27, ale z którego trzeba za to wyciągnąć odpowiednie wnioski. Tego jednak nikt nie robi, podlewając tylko wyszukiwanymi życiodajnymi sosami gnijącego nowotwora kapitalizmu, który zatruwa systematycznie nas swym jadem. Ujęcie racjonalne potwora tego przez faszyzm można już dziś uważać za chybione. Raczej faszyzm, jak to było do przewidzenia, stał się powolnym sługą konającego monstrum.
Otóż jak wiele naturalnych zupełnie w zbiorowiskach jaszczurów, a nawet w luźnych zgrupowaniach małp, a nawet jeszcze w totemicznych komunistycznych klanach korzystnych instynktów i właściwości człowieka przerodziło się we wrogie potęgi w strukturze np. obecnej, tak samo i metoda „zatłamszania cierpień”, które byłoby sobie trwało bez złych skutków dawniej, przy stosunkach aktualnie panujących, tj. przy takim skomplikowaniu psychiki i warunków zewnętrznych, przy takim przyśpieszeniu życia i takich kolosalnych środkach rozprzęgania rozrosłych niepomiernie systemów nerwowych biednych ciałek, stworzonych do innego istnienia i niemogących się do nowotworowego nieomal rozwoju mózgu i jego tworów przystosować, metoda ta — powiadam — stała się za mało intensywna. Oto dlatego dawniej wystarczały inne środki, porady księży, spowiedź i „intuicja”, a dziś jest potrzebna psychoanaliza Freuda i typologia Kretschmera. Tym odpowiadam ludziom, którzy, jak mówią Rosjanie, „duraka walajut28”, pytając właśnie z głupia frantowato: „A jakże było dotąd? Nikt tego nie znał i było dobrze. Czy to komu potrzebne, to babranie się w sobie? Lepiej zająć się czymś pożytecznym” — mówią i rżną potem w brydża lub kręcą radio albo prowadzą niezmiernie głębokie rozmowy z damami na dancingach, zatruci nikotyną i alkoholem, popełniając tysiące drobnych podświadomych świństewek, nic o tym nawet nie wiedząc. Takich są legiony całe. Co dawniej wystarczało, nie wystarcza dziś. I gdyby wszyscy zawsze tak myśleli, jak ci panowie, to dotąd bylibyśmy stadem bydełka, od jakiego mało różnił się totemiczny klan, słusznie bydlę jakieś (tylko odmienne zupełnie od swoich przedstawicieli) czczący; nie mielibyśmy „cudów kultury”, z których jednym z największych jest historia filozofii — jako fakt, a nie nauka sama w sobie — i, musimy to przyznać, nie mielibyśmy potworności tejże kultury. Ale w sumie warto było zapłacić za to wszystko tysiąc razy jeszcze większą potwornością: są to bowiem rzeczy wprost dosłownie bezcenne.
Tylko system wartościowania dzisiejszego człowieka jest jeszcze mylny, a winą tego jest ustrój społeczny, który na skutek złogów psychicznych w mózgach warstw rządzących nie może zbyt długo minąć fazy pośredniej (i przez długotrwałość swą niepotrzebną stającej się kłamliwą, fazy mdło-demokratyczno-kapitalistyczno-łże-nacjonalistycznej) i zahamowuje możliwy wspaniały rozwój nowej ludzkości. Ale w tej chwili nie o to nam chodzi: wszystko jedno na razie, dlaczego człowiek dzisiejszy często bywa duchowo (częściej niż dawniej) chory, a dawne środki lecznicze okazują się często niewystarczające; ponieważ zaś nie zawsze można człowiekowi temu dać odpowiednie warunki, np. wyjazd do Egiptu lub na polowanko do Sudanu czy na tajfuny chińskie i pierwszorzędne dziewczynki anamickie, dla rozwiązania kompleksów nienasycenia metafizyczno-erotycznego, czyli w ogóle dać mu dość zajmującą fabułę dnia codziennego, więc trzeba na to szukać innych sposobów. Jednym z nich jest psychoanaliza. Z Kretschmera dowiadujemy się ogólnikowo, do jakiej szufladki możemy siebie włożyć i za jakim numerkiem odnaleźć; z Freuda czerpiemy głębszą wiedzę, kim jesteśmy dynamicznie, w samym przebiegu zjawisk: jakie są nasze wewnętrzne niebezpieczeństwa i zasadzki, możliwości schwiań, zakłamań i upadków. Dostajemy z tego czystą wiedzę o nas samych i drugich i stuprocentowo wzmożoną możność świadomego, rozumnego kierowania naszym życiem niż przed „wymyciem duszy”, gdy byliśmy przeważnie tylko igraszkami bydlęcych poruszeń właśnie w kwestiach życiowo najważniejszych, stanowiących podstawę do wszystkiego, jak smar podkładowy do nart jest podstawą do mazania ich subtelniejszymi, odpowiadającymi zmiennym warunkom, ingrediencjami. Jedną z tych potęg najważniejszych jest erotyzm.
Nie rozumiejący nic psychoanalizy laicy pomawiają Freuda o erotomanię psychologiczną i sprowadzanie wszystkiego do erotyzmu, a nawet po prostu o babranie się w nieprzyzwoitościach jako takich, o jakąś psychokoprolalię czy coś w tym rodzaju. Twierdzę, że jest to nieprawda. Akurat tyle poświęca Freud uwagi erotyzmowi, ile on na to zasługuje. A bądź co bądź jest to jedna z istności sławnej i wcale dotąd nie zdyskredytowanej trójcy podstawowych potęg życia: głodu, strachu i miłości, tej ostatniej pojętej na razie bez żadnych uwzniośleń, jako prosty popęd do rozmnażania się i zachowania gatunku, w którym indywidua są bezwolnymi ofiarami jakiejś przerastającej je, dla nie znanych nam dalszych celów wytworzonej potęgi życia, zazębionej w świat materii martwej z mocą wprost niesamowitą. O ile nie będziemy patrzeć na tzw. „materię żywą” (koniecznie zindywidualizowaną) jako na pewne połączenia chemiczne — tak nietrwałe, „wybuchowe” wprost związki, a tak odgraniczające solidnie żywe stwory od ich podłoża, połączenia powstałe przypadkowo ze zderzeń i połączeń atomów, według wszystko tak upraszczającej sztucznie tzw. „billiard ball theory of matter”, czyli kulobilardowej teorii materii, w najszerszym znaczeniu aż do elektronów i pól włącznie — to kwestia przedstawia się wysoce tajemniczo: życie nie da się sprowadzić do fizyki, biorąc rzecz czysto choćby biologicznie, nawet z wykluczeniem wszelkiej psychologii. Strach jest wielki pan i głód też władcą jest pierwszorzędnym, ale erotyzm jest też potęgą dość wściekłą.
Na darmo mówił Karol Szymanowski swoim niezapomnianym subtelnym głosikiem metafizycznego władcy krainy jakichś hiperefebów nie z tego świata: „Wiesz, dla mnie erotyzm to jest coś tak piekielllnego, że wprost, wiesz, to jest oburzające...”
Otóż Freud wcale nie babrze się w erotycznych, delikatnie mówiąc, niestosownościach (świństwach), tylko odwrotnie: stara się uświadomić laików w kwestii podświadomości co do ich podziemno-płciowych nurtów, aby mogli się oni wyzwolić od ich ciemnego, nieopanowanego działania, a uwolniwszy się, zdobytą w ten sposób wolną energię zużytkować na tzw. „cele wyższe”; chodzi mu o stworzenie tego właśnie świadomego transformatora, bo przecież podświadomie działo się tak zawsze: z wysublimowanych (a nawet zahamowanych) erotycznych uczuć powstawała cała najistotniejsza twórczość ludzka. I nie trzeba myśleć, że to jest dla niej coś ubliżającego, to szukanie źródeł jej w tej sferze. Jest faktem empirycznym i historycznym, że tam te źródła tkwią. Chodziło tylko o podanie mechanizmu tych transformacji, do niedawna tajemniczych i ciemnych. Ten tzw. panerotyzm Freuda należy rozumieć tak: u pierwotnego stworzenia świadomość to („jako żywo”) tylko świadomość ciała, z bardzo krótkim i niewyraźnym skrawkiem wspomnień najbliższych cielesnych „przeżyć”. U komórek najniższych rozmnażanie następuje w formie ich dzielenia się. Całe ciało komórki przyjmuje w tym udział, zaczynając od jądra, a kończąc na obwodzie. To musiało być połączone z bardzo gwałtownymi dodatnimi czuciami cielesnymi — inaczej może komórka nie „chciałaby się” dzielić wcale, tak jak my nie chcielibyśmy może poddać się pewnym procederom. W jaki sposób następuje przejście do dwupłciowców — nie wiem. Faktem jest, że komórki zaczęły zbliżać się do siebie (podobnie, jak to robi np. plemnik z jajem) i łączyć się zamiast się dzielić, aby wydać nowe indywiduum czy ich wielość29. To łączenie się cielesne komórek w większe jednostki jest niezmiernie istotne — z wielkiego stopnia złączenia i jednocześnie zróżniczkowania powstaje wielościowy organizm, mający jednak, na skutek dokładnego zbicia się komórek powierzchniami przy narastaniu, jako trwanie samo dla siebie, jedną „psychikę”, czyli świadomość. To jest ten podstawowy, że tak powiem, „cud istnienia codzienny”, którym jesteśmy my i wszystkie żywe stworzenia. I możemy pytać materialistów: jakże to z martwych „kulek”, pojętych zresztą jak najszerzej, aż do elektronów i pól zderzających się czy działających na siebie przypadkowo, powstać mógł żywy organizm? Bo to musi być wytłumaczone albo materializm musi pozostać w pewnym sensie bzdurą. I tak jest na pewno, bo wiele zjawisk biologicznych w żadnym materialistycznym schemacie przestrzennym wyjaśnionych być nie może. Ale nie możemy pytać, jakże to z wielu komórek, które są przecież organizmami mającymi jakąś rudymentarną świadomość, powstać może wielokomórkowy organizm mający wspólne trwanie ich wszystkich, jedną świadomość, nieobejmującą w dodatku wszystkich tamtych trwań poszczególno-komórkowych, bo to jest właśnie faktem pierwotnym, jedynym realnym naprawdę faktem, nieskończenie realniejszym od wszystkich faktów fizycznych, z którego mamy jakoś [sobie] zdać sprawę, o ile w ogóle to jest możliwe w związku z ogólnym poglądem na całość Istnienia. Bo możliwe jest, że właśnie to jest najpierwotniejszy fakt prowadzący do monadyzmu, fakt, który leży u podstawy całego — i martwego, i żywego — Istnienia. Monadyzm biologiczny jest to pogląd, w którym — nie mogąc sprowadzić materii żywej zindywidualizowanej do martwej — przyjmujemy, że wszystko się składa z jednostek żywych, z których na mocy statystycznego zsumowania działań możemy ukonstytuować materię martwą. Wracając do poprzedniego: każdy więc taki stwór musi się chronić (zachowywać), unikać niebezpieczeństw, żreć, tj. spełniać ciągły drugi cud żywego bytowania: przemiany materii martwej na żywą, i spełniać też w jakiś sposób pęd rozrodczy. Ten pęd to jest jakby zalążek tzw. u nas „ducha”, czyli tych treści, które nie są aktualnym poczuciem ciała i jego wspomnień, to jest treści wyobrażeniowych, a dalej, u nas, myśli (skonstruowanych w pewien sposób w jakąś całość „celową”, a nie będących zupełnym chaosem30). Chaos jest czymś nieomal dla nas niewyobrażalnym, na mocy zasady ograniczoności i powtarzalności, tzn. nic nie może być aktualnie nieskończonym i absolutnie nowym, musi być w organizmie widzianym i „z boku”, i „od środka”, tzn. [jest] w jego przeżyciach pewien porządek: nie doskonały, nie taki, jak, złudny zresztą, porządek absolutny na mocy zasady Wielkich Liczb, czyli statystyki, panujący w otaczającej nas materii martwej, ale jakiś w każdym razie, a mianowicie porządek biologiczny i psychologiczny. Chodzi mi o to, że jeśli odrzucimy na chwilę strach i głód, jeden jako niemający na razie w danej chwili przyczyny, drugi jako na razie zaspokojony, to zostaje nam erotyzm jako stały, latentny31, potencjalny, utajony w czuciach cielesnych wewnętrznych podkład wszystkich „przeżyć” najprymitywniejszego nawet żywego stworzenia. Tylko bezpośrednio po zaspokojeniu na bardzo krótki czas ginie to uczucie pierwotne w bardziej zdecydowanej formie; poza tym uczucia te są w nas stale jakby zaczajone, jako pewien potencjał energetyczny stanowiący integralną część naszej osobowości cielesnej, którą właśnie w naszych przeżyciach sami dla siebie jesteśmy. Proszę nie myśleć, że wmawiam ogólną erotomanię wszystkim wymoczkom świata. Ale wydaje mi się, że stan tendencji rozmnożeniowej jest w różnych wariantach najbardziej stałym tłem, a nawet bardzo często dominantą całości samoczucia się każdego osobnika. Dlatego to Freud, według mnie, ma głęboką rację, że w erotyzmie właśnie szuka zalążka i motoru prawie wszystkich „wyższych” przeżyć indywiduum, nawet tak skomlikowanego, jak względnie inteligentny człowiek współczesny. Na tym bowiem podłożu wyrastają wszystkie twory ducha jako transformacje i sublimacje pierwotnego samoczucia się indywiduum i jego chęci wyższego potwierdzenia, poza tym prostym samoczuciem się właśnie, samego faktu swego istnienia.