Czy nie może porwać wściekłość, gdy człowiek się spotyka z takimi objawami, a słyszy i czyta ciągle o tysiąc razy gorszych? Dochodzi do przekonania, że tak u nas jest wszędzie, i włosy mu stają na głowie na myśl, ile energii traci całe społeczeństwo na ciągłe przezwyciężanie takich historii od najmniejszych do największych. A na dnie każdej takiej afery siedzi wywatowany, nadęty snardz, z fałszywie skierowanym kompleksem niższości. I gdyby był w porę uświadomiony, mógłby zamiast być zawadą i twórcą hamulców stać się zupełnie porządnym i pożytecznym członkiem społeczeństwa. Są to rzeczy szalenie proste, nawet banalne — po prostu wstyd o nich pisać, a jednak mam wrażenie, że są stale u nas pomijane i zamazywane. Tak samo jak gorszą formą alkoholizmu jest stałe popijanie małych ilości, w przeciwieństwie do intensywnego popoju od czasu do czasu (to ostatnie praktykowałem właśnie — obecnie coraz rzadziej), tak samo wielkie świńskie afery nie są tak społecznie szkodliwe, jak małe, codzienne, chroniczne świństewka nieznaczne — to wytwarza ogólny parszywy stan społeczeństwa, przestaje ono być „w formie”, staje się gnuśne, ospałe i obojętne: „wsio rawno, nie pospiejesz” (wszystko jedno, nie zdążysz), jak mówili przed wojną sankt-petersburszczanie.
F
Ten, który twierdzi, że to wszystko, co tu propaguję, jest niepotrzebnym babraniem się w „nieczystościach” (ta potwornie głupia interpretacja Freuda, która utarła się w pewnych sferach półinteligentów), jest podobny temu, który mówi: „Nie umyję zadka po defekacji (wspaniałe słowo!), bo po co mam się dotykać — ręką!! — do tego świństwa; co się wysuszy, to się wykruszy, jak mówi staropolskie przysłowie”. Znana zasada: „nie ruszać, żeby nie śmierdziało”, jest u nas stosowana zbyt nagminnie. Nie rozbabrywać, ale rozdrapywać trzeba wszystko, o ile nie chcemy w szybkim tempie stać się społeczeństwem nieudałków psychicznych, umysłowych i społecznych (właśnie) zagwazdrańców.
G
Jednym ze środków przyciągania ofiar dla tortur są komple-(właściwie „pli”)-menty. Umiejętność rozdzielania ich w przerwach od mąk jest sztuką „hodowców”. Umiejętnie fałszywie, naśmieszliwie rozkomplimentowana ofiara staje się bezbronna: nie wystawia straży, nie fortyfikuje się, zasypia z nieopancerzonym brzuchem, obżarta tanim frazesem. Nie wie, że kat świadomie ją rozgwajdla i rozkierdasza nieodpowiedzialnymi frazesami niby-dodatnimi, które go nic nie kosztują, a kiedy widzi ofiarę rozmemłaną, rozmamaną i rozrozkoszowaną na skutek objedzenia się pseudopochlebstwami, wbija jej nagle, co chce, po samą rękojeść, jak chce, tam gdzie chce i ile razy chce — przeważnie „w to, co najważniejsze”. I ofiara, upojona poprzednimi frazesami, łyka (z bólem jednak) truciznę, której działania frazesy te nie usypiają; dwa procesy te biegną obok siebie równolegle — ofiara cierpi, ale jest sparaliżowana, jak liszka ukłuta przez gąsienicznika. A kat wpija się w nią wzrokiem i jakimiś ohydnymi „aktami intencjonalnymi” i ssie jej mękę jak nektar, spuszczając się nieomal (w niektórych wypadkach dosłownie) z sadystycznej frajdy. „Ochy, ochy — ochyda” — jak pisał niezapomniany L. Grocholski (wyższy stopień ohydy jest przez ch — to jest mój pomysł).
H
Ponieważ nikt w pierwszej chwili analizy choćby nie widzi swojej podświadomości, więc zawsze jest najmniejszym zarzutem pokrzywdzony — robi z siebie ofiarę jakiejś machinacji czy podejrzeń, będąc np. wyrafinowanym rodzajem kata w powyższym znaczeniu. I on tak faktycznie czuje, w tym nie ma blagi. Trucizna sika zeń boczną rurką, która nie przechodzi przez kontrolę ośrodków ekstrapiramidalnych — sika gdzieś z boku przez jakąś fistułę (chwistułę? — co? — dobre — co?153) czy rupturę albo zgoła kilak soczysty lub nowotwór, który jest rodzajem „nowego otworu”, jak to z samej nazwy wynika. „Głupi witz lepszy niż nic” — według zasady dowcipnisiów ze szkoły Fra Antonia da Slonimo i Widmona Brudnawera (Brudona Widmawera). O — sam siknąłem świństewko, sprowokowany tą analizą. Ale teraz uświadomiłem to sobie dokładnie i więcej już takiego świństewka nie zrobię.
Przeważnie Polak jest w pewnym sensie nieudany — mógłby być czymś całkiem innym. (To bądź, cholero!!) Człowiek analizowany na tle pozornie niesprawiedliwego sądu wydanego na siebie traci zaufanie do analizującego nie tylko w stosunku do siebie, ale w ogóle zaczyna go uważać za kogoś pozbawionego poczucia sprawiedliwości i słuszności: pojawia się brak zaufania i opór, który czasem może uniemożliwić psychoanalizę zupełnie.
Genialność w znawstwie ludzi polega na tym, że właśnie geniusze tacy umieją odgadywać podświadomość tych, o których opanowanie im chodzi. Potem grają na niej jak na flecie, a tamci biedacy, nic o tym nie wiedząc, reagują automatycznie tak, jak tego chce zręczny pogromca. Samoanalizowanie daje niebywały wgląd w te rzeczy i uwielokrotnia cudownie nasze siły w walce z ludzkim niebezpieczeństwem. Kobiety operują tą metodą intuicyjnie daleko bardziej niż mężczyźni. Ale to u nich dotyczy tylko chwilowego przekroju, a nie syntezy danej osobowości. Podobną wiedzę mają kelnerzy, portierzy i w ogóle ci, którzy w dochodach swych zależni są od nastrojów napiwkowych.
Najgorsze jest to łykanie krzywd przez ofiary z powodu braku środków obrony i fałszywej, a natomiast zbyt rozwiniętej ambicji. Szczerość i odwaga mogą wszystkie te przeszkody złamać. Przecież są ludzie, którzy udają głupszych, niż są, nie tylko aby mieć racje wobec tłumów, jeszcze głupszych świadków walki ich z kimś mędrszym, tylko żeby nie poddać się niszczącej kompleksowe prerogatywy analizie.