Jeśli na każdą, najskromniejszą nawet uwagę zwróconą do (ND) w rodzaju: „pan jest niedelikatny, pan jest cham, pan jest źle wychowany” itp., (ND) odpowiadać będzie: „pan jest nadwrażliwy, pan jest przeczulony, pan jest nudny, pan jest wariat” itp., to wtedy nie może być postępu w stosunkach międzyludzkich, będących przecie podstawą dla wszelkich wielkich przekształceń społecznych. Robota musi iść jednocześnie i od społeczeństwa, ucieleśnionego w idealnym państwie, i od indywiduum. Oczywiście samo prywatne „bycie dobrym”, jak to myśleli różni neochrześcijanie, w pewnych dogodnych warunkach pospolitości życiowej też do niczego nie doprowadzi. Musi się zacząć wreszcie transformacja od góry, jeśli naprawdę chcemy przejść na wyższą platformę bytu społecznego, nie tracąc kulturalnej wysokości. Kto z mężów stanu to kiedy zrozumie? Byłby to prawdziwy święty naszych czasów, przed którym chętnie my, ludzie względnie społecznie dobrzy i w miarę mądrzy, leżelibyśmy godzinami na brzuchu, oddając mu cześć nieomal boską. Polak zasadniczo trochę nie szanuje Polaka — jest w tym zasadniczo nieufność co do tego, ile w danym człowieku jest mięsa, a ile waty. Ten brak wzajemnego szacunku i podejrzliwość to jest dziedzictwo całej naszej historii od bardzo dawnych czasów.

C

Puszenie się z jednej strony wywołuje płaszczenie się z drugiej. Dwie te właściwości są ze sobą w ścisłym związku funkcjonalnym. Na ile ktoś się napuszy, na tyle będzie żądał, aby się przed nim płaszczono, a o ile ma egzekutywę, będzie to faktycznie przeprowadzał. Serwilizm tak u nas rozwinięty nie jest tylko wynikiem niewoli, tylko dalszych epok szlacheckiej demokracji (pseudo). Płaszczący się szerepetkowie (mimo równości szlacheckiej „na niby” z wojewodą) musieli się potem odgrywać i zaprowadzali jeszcze gorsze puszenie się wobec „niższych” od siebie. Biedny przedstawiciel ostatniej warstwy nie miał się przed kim napuszyć „warstwowo” — mógł to robić tylko prywatnie, w stosunku do rodziny i zwierząt domowych. Na tym polega też osławiona w historii Polski (jak nigdzie chyba) tzw. „prywata”. Niemyta dusza wymyśla często na wszystko i wszystkich, wszystkich krytykuje (bezpłodnie) i poniża — jest to jej jedyny sposób wyniesienia się nad siebie i nad innych.

Może kto myśli, że za duży był wstęp, za dużo zgromadzonych było narzędzi, a za mało wartościowa rzecz właściwa: „dokonane dzieło”. Może dla wielu to, co mówię, to są banały. Wiemy o wielu rzeczach, ale ich nie przeprowadzamy. To jest też cechą napuszonych, że czyny ich są zawsze poniżej średniego standardu przedstawicieli normalnych społeczeństw, niemogących się poszczycić tak przykrą przeszłością, jak nasza w ostatnich wiekach.

D

Jadowity system używany przez tortur-majstrów wszystkich odcieni jest ten, że gdy po ich zbyt już wyraźnych witzach czy aluzjach postawi się kwestie otwarcie i zacznie się ich mechanizm głębiej analizować, robią oni z siebie ludzi zajętych ważniejszymi sprawami niż jakieś psychologiczne subtelnostki, w których „babrze” się, nie mając nic lepszego do roboty, psychoanalityk. (Oczywiście jeśli do człowieka absolutnie szczerego i maksymalnie kompleksowo wyczyszczonego — znać swoje wady, a znać swoje kompleksy działające podświadomie to dwie zupełnie różne rzeczy! — zaczniemy dorabiać jakieś au-delà149, to go gruntownie sfałszujemy: doświadczyłem tego x razy na sobie, zresztą przeważnie w stosunku od ludzi raczej — oczywiście! — „minderwertig150.) Nie trzeba dać się speszyć takim postawieniem kwestii, tylko dojechać bezwzględnie do końca (główny argument jest: „To ty, cholero, przepojone podświadomością świńskie aluzje i jadowite witze masz czas i ochotę robić i świetnie się po tym czujesz, a rozmawiać o tym czasu nie masz? To to jest dla ciebie głupstwo? A czuć się świetnie po takim zlekceważeniu kogoś drugiego możesz, ścierwo doświadczalne, ale jak ci się chce tę zabawkę nieładną — be! — zabrać, to zaczynasz wierzgać i beczeć — ah non! — wyjaśnić ci siebie samego do końca muszę!”) i nie zwracać uwagi na to, że analizowany obiekt czuje się podczas tej pracy jak glista zalewana czy nakrapiana witriolejem. Nic mu to nie zaszkodzi, a w przyszłości na pewno na tym dobrze wyjdzie i on, i jego otoczenie, a może dodatkowo i jakaś dziedzinka, na którą zwróci swoją uwolnioną od jadowitych zabaw energię. Bo nie dość, że taka broniąca się (ND) obezwładni swego atakanta w razie załamania się ataku: ona otwiera w ten sposób przed sobą niezmierny horyzont nowych znęcań się i niezdrowych rozkoszy. Tak to napuszają się ludzie z latami, że potem poznać ich nie można: zapłynięci są cali w balony nadęte i wywatowane przestrzenie tak, że do mięsa im się już nigdy nie dobierzesz, nie domacasz się jąder prawdziwych ani ty, kotku, ani oni sami sobie. Jeżeli zaś takiemu snardzowi analiza się nie podoba, zerwie z tobą pod lada pretekstem lub jeszcze lepiej: sprowokuje do zerwania, sam niby czystym pozostając. Ale wtedy mamy już do czynienia ze stadium przejściowym od (ND) do świadomej swej świńskości świni, czyli do świni klasowo uświadomionej. Tu kończą się moje zakusy: tu otwiera się droga, na końcu której majaczy dom poprawy, więzienie lub szafot. Ja mówię tylko o podświadomości ludzi względnie uczciwych.

E. Dzieła napuszonych

Robi na mnie wrażenie, że cała Polska odrodzona jest zbyt napuszona, a zbyt mało realna. Dążenie do wielkości i niby wielka polityka na mały dystans, zamiast ekspiacji za winy, przez propagandę światową wielkich idei ogólnoludzkich na jak największą skalę, jakby to wypadało choćby z krótkiego okresu mesjanistycznego, z dobrze zrozumianej jego ideologii. A wewnątrz wszystko niedociągnięte do tego zewnętrznego, watowanego, cylindrowo-langustowo-train-de-luxe’owego ideału. Zaznaczam to tylko nawiasowo, nie chcąc wdawać się w rzeczy, w których poza ogólnikowymi sądami nie mogę poszczycić się głębszą kompetencją. Ale tak mi się wydaje.

O ile człowiek realny, dążący do faktycznego odegrania swego kompleksu niższości, stara się uczciwie stworzyć rzeczy solidne i wartościowe i w ten sposób nabrać wartości dla siebie i drugich, pozbywając się gniotącego go poczucia własnego gówniarstwa, o tyle normalny gówniarz, wywatowany i wybalonowany, aby stać się główniarzem (ł, Ładoga, łój), będzie dokonywał czynów pozornych, w których będzie się napuszał przed sobą i innymi, zostawiając za sobą twory niedoskonałe, zrobione byle jak, na olaboga, a nawet na jeszcze gorsze terminy. Wspomniany wyżej termin zmarłego znanego pejzażysty Jana Stanisławskiego, który obok moich terminów: gnypalstwa i fazdrygulstwa, powinien być używany często, aby napiętnować fatalne dla naszego rozwoju „dzieła” napuszonych. Sumowanie się drobnych takich „zadzierżek” daje w rezultacie ogólne zahamowanie tempa codziennego dnia, zmniejsza jego tempo w nieistotny, nic nikomu nie dający sposób, wywołuje kurczenie się życia. Zmniejszenie tempa świadome, pozytywne, przy jednoczesnej ogólnej regulacji gospodarczej świata całego dla wzmożenia równomiernego rozłożenia dóbr doczesnych, byłoby pożądanym, ale jest niezmiernie mało prawdopodobne, aby ludzkość w formie transformacji od góry na coś podobnego się zdobyła: trzeba by zmienić mózgi władców koncentrujących siłę, a to jest mało prawdopodobne. Na te „drobnostki” (nie mówię już o rzeczach „wielkich”) nie zwraca się u nas zupełnie uwagi. Pedanteria zwrócona jest też w kierunku hamowania, a nie ułatwiania, a drobne niedokładności, drobne świństewka, niedopatrzenia, ustępstwa na rzecz lenistwa sumują się i sumują, i ostatecznie, kiedy przyjdzie wielka chwila próby, następuje scałkowanie generalne wszystkich gnypalnych i fazdrygulnych „różniczek ducha ciężkości”151 i rozpoczyna się generalna plajta.

Dam dwa przykłady bardzo zresztą nieistotne, ale ilustrujące rzecz dobitnie, mimo że niedopatrzenia w mających być wymienionymi sferach bezpośrednio mogą nie przynieść jakiejś poważnej klęski. Ale właśnie ponieważ już w takich rzeczach objawiają się działania gnypalstwa, można z tego wnioskować, jakie wynikają szkody, gdy dzieje się to samo w odpowiedniej skali w sferach stokroć ważniejszych i mających bezpośrednie znaczenie dla prężności całego społeczeństwa i poszczególnych jego elementów (instytucji i indywiduów). A że się tak dzieje, to jest według mnie, jak to mówią, „więcej niż pewne”. Dość poczytać gazety. Podnosząca się z każdą chwilą fala świństw, nadużyć i kradzieży w różnych branżach, i to w wyższych ich regionach, jest symptomem tego, jak wielkie „niedopatrzenia” muszą leżeć u jej źródeł. Za granicą uderza jedna rzecz: precyzyjne wykonanie według najkorzystniejszego planu. U nas często w różnych dziedzinach ma się wrażenie, że plan robił nieuk, a wykonywał niedołęga. Wchodzimy do wychodka „pierwszorzędnego” hotelu w miejscowości kuracyjnej. Mała, zupełnie ciemna sionka, której jedynym oświetleniem jest okno samego klozetu (drzwi dalsze są bez szkła). W ciasnej sionce tej mieści się umywalka bez mydła i ręcznika. Na cóż więc woda, kiedy umyć się ani wytrzeć nie można. Drzwi otwierają się ku wchodzącemu, mimo że miejsca jest mało. Dalej ogromna przestrzeń pusta i jasna, w której mieści się tylko kaloryfer, sam zaś istotny dla tej instytucji apartament jest tak mały, że siedzący człowiek uderza głową o drzwi, a z tyłu wieje mu prosto w grzbiet okno umieszczone tuż nad siedzeniem. Wolę deskę z dziurą w góralskiej chacie niż taką ohydę; przynajmniej wiem, z czym mam do czynienia. Tu zaś czuję się nabrany w obrzydliwy sposób przez spółkę „sprytną”(!?) durnia z niedołęgą i muszę być wściekły. Przykład drugi: przez lata całe nie było dobrej ścieżki na odcinku końcowym „podnóżowym” danej drogi. Turysta idący już względnie wygodną drogą na samym końcu (często o zmroku) dostaje się w labirynt fatalnych wybojów, korzeni i głazów. Nareszcie ścieżkę zrobiono. Są niby wygodne zakosy, stopnie, ławeczki, niby wszystko zrobione według planu. Nieprawda — proszę spróbować. W górę jako tako, ale w dół od razu daje się uczuć niesamowita stromość drogi: nie można po niej szybko biec, jak po wspaniałych końcowych chodnikach po stronie czeskiej, nie ma mowy, aby iść nią szybko o zmroku. A znowu nie jest tak płaska, żeby niebiegnięcie, zwykły chód nie był męczący. Do tego zakręty są bardzo ostre i stromsze jeszcze od ogólnego poziomu. Na zakrętach czasem są schodki, które hamują jednostajne tempo schodzenia, tak ważne dla zmęczonych nóg dalekobieżnego turysty. Skała jest śliska, wapienna. Ani ścieżka ta nie jest dla zupełnych niedołęgów, którym powinna służyć, ani nie służy dla ułatwienia drogi ludziom silnym, prędko chodzącym. Brzegi (i to jest skandal najgorszy!) otoczone są drutem kolczastym (ochrona lasu), na który łatwo nadziać się poślizgnąwszy się w ciemności, wybić sobie oczy lub w najlepszym razie poharatać mordę w sposób straszny152. Kwestia darmowego prysznicu na Hali Gąsienicowej należy do tych samych śmierdzących bolączek czy bolących śmierdziączek. (To jest obecnie na szczęście załatwione, ale trwało dobrych kilkanaście lat.)