FORCIO — I w ten sposób wtajemniczeni zyskują panowanie nad tymi, których wtajemniczają. Wolę kapłanów mojej religii niż tych wysłanników piekła, a w każdym razie jakiegoś małego piekiełka.
JA — Piekiełko jest w tobie, Forciu, tam gdzie hodujesz twego potworka, bo na prawdziwe monstrum nie stać cię, jako człowieka w świadomości twej notorycznie dobrego. Cała twoja złośliwość to jest — wybacz teraz programową brutalność dla twego dobra — twoje do pewnego stopnia nieudane życie, zawiedzione marzenia, nie spełnione wielkie czyny. Musisz się odegrać w stosunku do tych, którzy jak ja, choćby na marginesie też nieudanego realnie — realnie, powtarzam — życia, zdołali zrealizować choć jedną dziesiątą tego, co mieli zamiar — nawet ja ci daję tę możność, a może nie ja sam nawet jako taki, tylko właśnie przez to właśnie specjalne moje położenie, które znasz prawie dokładnie z rozmowy mojej z Gustawem.
FORCIO — Już puściłeś się i zawsze na dnie wylezie z ciebie, używając twego ulubionego freudowskiego wyrażenia, kompleks nieuznania ciebie przez publiczność. Mógłbyś się już raz z tym pogodzić albo zacząć „robić pod publikę”...
JA — Poprawiasz jedną złośliwość drugą — to zawsze tak — znam się na tym. Dowodzi to, że kompleks został poruszony. Otóż zrozum, kretynie (mówię już ze złością, bo nic tak nie złości jak głupota — rzeczywista mniej niż udana — a złośliwość z głupotą to już jest „comble”147 wszystkiego), że przecie jakkolwiek nie odpowiadamy ściśle za naszą podświadomość, to jednak jedynym środkiem dla postępu wewnętrznego, czyli, jak ty to nazywasz, dążenia do doskonałości — o jakże dalekim jesteś od niej, mimo że mnie za to, że czasem wypiję piwa czy zażyję kokainy (czego już teraz nawet nie robię), uważasz za nieczystego wieprza — a więc jedynym środkiem jest uświadamianie sobie podświadomego i unikanie tego, co jest w nim bydlęcego, egoistycznego, złego i plugawego. Jakaż jest inna droga? Tak było zawsze i tak będzie, póki będzie trwał psychiczny postęp i w ogóle rozwój ludzkości. Czymże były i są wszystkie praktyki chrześcijańskie, jak nie środkiem do tego celu: opanowania podświadomego bydlęcia i stworzenia z niego świadomego członka „Królestwa Bożego”. Tylko środki religii są już wyczerpane — skończyła się jej wychowawcza rola i miejsce jej zajęło jedyne prawdziwe i groźne bóstwo: samouświadamiające się społeczeństwo.
FORCIO — Tylko temu daj pokój — wolę już psychologię, jeśli masz zamiar wkraczać na teren religii i etyki. Tu do porozumienia nie dojdziemy. Itd., itd.
Po kilku takich „frykcjach”, z łapaniem za słowa na gorącym uczynku natychmiast, aby co do samego tekstu nie było już „nieporozumień”, facet nagle przyznał się, że jest złośliwy, i wkrótce potem, równie nagle, po paru nieudanych próbach dokuczania, złośliwym być przestał. Ale jako tzw. „czynność zastępczą” zaprowadził takie metody przezwyciężania mnie przy pomocy „drugich ludzi”, że stosunki ostatecznie rozchwiały się: miałem do wyboru albo postępowe poddawanie się i zdawanie się na łaskę i niełaskę, albo zerwanie, bo porozumienie się — na tle zbyt wysokiego mniemania jego o sobie i poczucia nieomylności (nieomyłu) sądów, z programowym wykluczeniem dyskusji z jego strony (też rodzaj obwarowania się i pognębienia przeciwnika) — stało się technicznie wprost niemożliwe. Może to być wypadek, gdy zaplugawiona i nieoczyszczona, zaprzała w sobie i sfermentowana podświadomość doprowadza snardza przy sprzyjających okolicznościach do tego, że z (ND) — (Niemyta Dusza) przemienia się on powoli na (ZDR) — (Zimny Drań). A na to nie ma już rady, przynajmniej w moim arsenale środków psychicznie odwaniających: jest to, jak mówił Nietzsche po prostu: „die Freude zu stinken”148.
Może ktoś myśleć, że pisanie o takich rzeczach, kiedy świat się wali, gdy dzieją się potworne bezprawia dokonywane nad milionami w imię umarłych lub konających fikcji przez bandę zdegenerowanych emanacji nowotwora ginącego ustroju pseudodemokratycznego, jest wynikiem zupełnego braku wszelkiego wartościowania. Przysięgam, że tak nie jest — problemy te są piekielnie ważne, a nierozwiązanie ich prowadzi do zatrucia w dowolnej strukturze społecznej znajdujących się wartościowych osobników. Dowodem tego nasza historia aż do lat ostatnich. Tym kończę ten prawdziwy „ustęp” o hodowli przyjemniaczków.
A
Wskutek tego, co nazwałem nadymaniem się i watowaniem, następuje u nas coraz większa rozpiętość między frazesem a rzeczywistością. Wiara w magiczną wartość słowa pogłębia się: rzeczy powiedziane zdają się już być dokonanymi; magiczne formułki i zaklęcia zastępują czyny, jak za czasów totemicznych ludzkości, gdy nie było innych środków do walki z pewnymi rzeczami prócz magii. Nic do takiej pasji nie może doprowadzić, jak różne „apele” mężów stanu do społeczeństwa (przy nich znajduje się zwykle roześmiana twarz dygnitarza w reprodukcji — dość tych wyszczerzonych zębów, tego parszywego „keep smiling” — wiadomo, do czego doszła Ameryka rechocząc i wierząc w nieograniczony postęp „prosperity”), przy jednoczesnym tak złym wychowaniu tegoż społeczeństwa w kierunku wszelkiej inicjatywy, a natomiast pchaniu go w serwilizm przez strach i terror. To tak, jakby ktoś chłopczykowi mówił ciągle: bądź grzeczny! — a za każdą niestosowność popełnioną dawał mu cukierek.