Zakończenie rzeczy właściwej
Możliwe, że „wysoka szlachta, świetny korpus oficerski i P. T. publiczność” (jak pisano przed wojną na afiszach cyrkowych w Austrii) będzie niezadowolona z ostatecznych wyników tego, o jakże mimo wszystko pożytecznego „dziełka”. Nie miałem zamiaru pisać kompletnego traktatu o wadach współczesnego człowieka, a Polaka w szczególności; chodziło mi tylko o lekkie pobudzenie uśpionego chętniaka do samodzielnych badań we wskazanych przeze mnie kierunkach. Możliwe, że wstęp teoretyczny zapowiadał więcej, niż się dalej dokonało, ale właśnie on jest główną częścią dziełka, a cała wyłożona tu „mądrość życiowa” ma tylko ilustrować przykładowo jego tezy, nie mając pretensji do całkowitego ujęcia wszystkich transformacji węzłowisk upośledzenia, którego form jest prawie tyle, ile żyje ludzi na tej nieszczęsnej, a tak pięknej gałeczce naszej kochanej.
Operuję szczupłym zakresem własnych przeżyć i nie mam bynajmniej pretensji do objęcia całokształtu poruszonych tu kwestii. Zasadniczą rzeczą, jak słusznie twierdzi Joachim Metallmann170, jest to, aby dany autor nas do samodzielnych myśli pobudzał, prócz oczywiście wartości jego własnych idei. O ile to zadanie biedna ta wprost książczyna wypełni, będę już bardzo zadowolony. U nas ludzie lubią „zasypiać” na niewygodne tematy i skutki tego mogą być straszne: „reformy” mogą przyjść za późno we wszystkich możliwych dziedzinach — od teatru aż do ustroju państwa. Najszerzej pojęta rewolucja od góry na lewo na wszystkich frontach musi być przeprowadzona, zanim nastąpi ona od dołu pod względem społecznym wśród morderczych walk i utraty kulturalnej wysokości: trzeba nauczyć się wyciągać wnioski z historii. Ale jednocześnie trzeba obowiązkowo czyścić się od środka indywidualnie. Dopiero wypadkowa tych dwóch dążeń mogłaby dać wspaniałe rezultaty.
(Dalej nastąpi Appendix do książki o narkotykach, co będzie rzeczą wysoce niewłaściwą: ale gdzie go wydrukować, jak nie tu?)
Appendix
I. Problem NP
Najważniejsza rzecz: kwestia niepalenia.
Po wydaniu książki mojej o narkotykach nie paliłem osiem miesięcy, potem paliłem miesiąc, potem nie paliłem pół roku i paliłem dwa tygodnie. Od tego czasu (październik 1932 r.) nie palę już przeszło trzy i pół roku (obecnie piąty rok) i jestem z tego niezmiernie wprost zadowolony. Nawroty do palenia połączone były zawsze z ogólnym upadkiem energii i wytwórczości, nie mówiąc o ohydnej psychicznej, a nawet fizycznej depresji, która to pierwsza nie opuszczała mnie czasem aż do jakiejś piątej lub szóstej wieczór, podczas gdy teraz zredukowana jest (całkiem pozbyć się jej normalny schizoid nie może) do dziesięciu minut gimnastyki Müllera, po czym ginie przeważnie bez śladu, tym bardziej o ile pójdę wcześnie spać. Chodzenie bowiem późne spać, bez użycia żadnych narkotyków, nawet tak łagodnych jak herbata lub piwo, wywołuje coś w rodzaju glątwy (czemu nie przyjęło się to piękne słowo, moje „ukochane” wprost, zamiast wstrętnego katzenjammeru, nie wiem) popojkowej w miniaturze — dowodzi to, jak jest szkodliwe. Dość sobie przypomnieć Henri de Crozant z Climats Maurois171, który o dziesiątej wyrzucał ze swego łóżka najpiękniejszą kobietę i szedł po prostu spać; dlatego prowadził życie, które nazywał „intensywnym” (vie intense), zdaje się słusznie.
Jakieś nieodpowiedzialne kanalie rozpuściły oczywiście plotkę (ciekawy jestem, czy po mojej śmierci nie ustaną te potwornostki wymyślane na mój temat?), że ja udaję tylko, że bez przerwy pięć lat nie paliłem, i że potajemnie lub w czasie (nielicznych zresztą) popojek zaciągam się tą smrodliwą ohydą. Otóż jest to kłamstwo tzw. „wierutne”. Pięć lat bez jednego miesiąca nie miałem w ustach tego świństwa. A raz, gdy byłem zakokainowany i pijany do nieprzytomności (niestety zdarzały się jeszcze takie rzadkie ekscesy; zresztą jestem tylko przeciw nałogom — prawdziwy tytan może sobie czasem na szpryngle pozwolić, ale trzeba być tytanem naprawdę), wsadzono mi w gębę zapaloną „kumetę”, ale nie mogli ci „przyjaciele” (?) zmusić mnie do pociągnięcia dymu.
Po przerwaniu palenia trzeba się liczyć z trzema — czterema miesiącami zmniejszonej wytwórczości i „twórczości”, po roku już nie ma z tego śladu: intelekt pracuje daleko lepiej niż w czasie palenia, następuje tylko zmiana czasu: odpada praca nocna: snardz idzie wcześnie spać, a za to wspaniałe godziny ranne (w lecie od piątej już) stoją mu do dyspozycji dla wykonania rzeczy najtrudniejszych. Senność i wzmożony apetyt, i połączone z nim tycie, którym lubią tłumaczyć niemożność NP różni ludzie, a szczególniej tłustawe damulki, mija po pół roku zupełnie. Oczywiście, że jeśli przyjdzie wojna czy inny jaki kataklizm dziejowy, możliwe, że zacznę palić papierosy z zaciąganiem się, ale kto mnie w normalnych warunkach z kumetą w pysku zobaczy, będzie mógł powiedzieć, że czasowo lub w zupełności zrezygnowałem z wyższych aspiracji intelektualnych i w ogóle duchowych.